29 listopada 2010

spectacular views

Dziś usłyszałam niezwykłą historię z ust zwykłej osoby. Kto by pomyślał, ile jeden człowiek potrafi znieść przykrości i wstrząsów. Zastanawiające. Słuchając takich historii (jaka dokładnie to była historia, długo by pisać) zastanawiam się nad warunkową miłości. Mówi się przecież, że miłość bezwarunkowa to tylko miłość matki do dziecka, a na każdą inną trzeba sobie zapracować, zasłużyć. Niektórzy zasługują, a mimo to nie dostają. Cóż, bywa i tak. Dużo trzeba mieć sił, żeby umieć kochać niekrzywdząco. Można tak w ogóle?
Dziś Kraków jest bajkowo śnieżny. Jest też bajkowo zabłocony, ale - nie wiedzieć dlaczego - tę stronę zimy dostrzegam w tym roku rzadziej. Podoba mi się biała warstwa na gałęziach przy wjeździe do Bronowic. I podoba mi się widok Wisły, kiedy za każdym razem przejeżdżam ją tramwajem. Śnieg powoduje złudzenie, że niebo nocą jest jaśniejsze. A kiedy niebo jest jaśniejsze nocą, ma się to nieodparte wrażenie, że coś ważnego się wydarzy...
Słucham Rilo Kiley, a opinia ma niebawem i tu.

21 listopada 2010

rosną skrzydła u ramion

W piątkowe popołudnie wyruszyliśmy kilkuosobową grupą z Krakowa w górskie szlaki. Trasa na Turbacz prowadziła przez Maciejową, Stare Wierchy i Obidowiec. Jako turyści pierwszej wody dwa razy zgubiliśmy się na prostym szlaku.
Przez to zafundowaliśmy sobie zejście z Turbacza o zmierzchu (przy pełni) przez gorczańskie lasy. Tego oto doświadczenia nikomu nie polecam i nie życzę o żadnej porze roku.
Przy wyprawie śmiechu co nie miara, a pogoda złotej jesieni godna. I chociaż błoto miejscami po kostki, to przyznaję, że piękne te polskie góry, bez względu na to, po której ich części się maszeruje. I prawdą jest, że im większy wysiłek po drodze, tym większa satysfakcja na szczycie. Miałam się odstresować gdzieś daleko od codziennych kłopotów - cel osiągnięty. :)




rosną skrzydła u ramion,
czas się w wieczność przemienia,
obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy
- chyba dostąpimy tu wniebowstąpienia!

18 listopada 2010

i'm sorry, i have to be this brutally honest

Jens Lekman mnie uspokaja. Na mojej twarzy pojawia się niczym nieuzasadniony uśmiech, kiedy go słucham. Muzyk szwedzkiego pochodzenia. Ma za sobą trzy albumy. Początkowo muzykował pod pseudonimem Rocky Denis i pod nim właśnie wydawał pierwsze EPki. Poza tym grywa gościnnie w różnych projektach. Chociaż obecnie mieszka w Australii i tworzy gdzieś pomiędzy kangurami, to jest dowodem na to, że Skandynawia tworzy i wypuszcza w świat dobro. Ze smutkiem wspominam jego ostatnią trasę koncertową po Europie, w której Polska została pominięta (nie tak szerokim łukiem - zdeterminowani mogli go usłyszeć w Berlinie i Kopenhadze). Lubię miekki głos i dźwięki cymbałków z akordeonem, kojarzy mi się to ze stylem retro. Polecam prosto ze słuchawek: I'm leaving you, because I don't love you, mój faworyt na płycie Night falls over Kortedala.

10 listopada 2010

miłość bez happy endu z cymbałkami w tle

The Swell Season poznałam dwa lata tem dzięki filmowi Once. Sam film jest jednm z najbardziej urokliwych, jakie do tej pory oglądałam. Opowiada historię, która nie kończy się happy endem - może właśnie dlatego oceniam ją bardzo dobrze. Film jest przepełniony piękną muzyką w wykonaniu człnków The Swell Season właśnie. Są nimi Czeszka Markéta Irglovà (pianino, gitara) i Irlandczyk Glen Hansard (gitara). Pięknie grają i śpiewają, a pomagają im liczni soliści i instrumentaliści na basach, bębnach, klawiszach, cymbałkach, smyczkach... Długa lista. Całość brzmi przekonująco. The Swell Season można było usłyszeć na żywo w Polsce podczas jeszcze trwającej trasy koncertowej, promującej najnowszy krążek Strick Joy - jeszcze się zaznajamiam, ale już wiem, że jest wart polecenia. Poniżej mój ulubiony kawałek z soundtracku do filmu Once (zespół jeszcze pod starą nazwą - The Frames). Intro nie takie jak zwykle, trochę rozstrajające, ale samą piosenkę bardzo lubię.

7 listopada 2010

bas-motyl i bis bardzo niespodziewany...

...czyli doniesienie o koncercie Pustek i Très.B w krakowskiej Rotundzie.

Tak właśnie. Très.B było dla mnie zaskoczeniem. Nie jeden zespół alternatywny z female vocalist już słyszałam, co za tym idzie coraz mniej zespołów takowych robi na moich uszach wrażenie. A im się udało. Słyszałam po raz pierwszy, przykuli moją uwagę. W połowie koncertu ktoś po mojej lewej zapytał, jakie to rodzaj muzyki. Nie potrafię określić, bo grają tak różne rzeczy, że nie sposób wynaleźć na to nazwy (zresztą jestem przeciwna etykietowaniu stylów muzycznych, o czym może jeszcze kiedyś szerzej napiszę). Nie wiem też, skąd mają taką piękną gitarę-motyla, może to jakieś holenderskie cudo. Cały koncert na duży, duży plus. Na pewno zapoznam się wnikliwiej z dyskografią.
Do Pustek od dawna mam słabość, której nie potrafię niczym uzasadnić. Każdy ich koncert traktują jako radosną kontynuację tego, co już polubiłam. Basia zachwyca mnie swoim głosem, Radek - energią na scenie. Zespół przywrócił do łask setlisty kawałek Słabość chwilowa - przez jakiś czas nie pojawiał się na koncertach, ale popracowali nad nim, brawo, świetna robota. Podobała mi się też drobna zmiana w intro do piosenki Senty-menty (może nie jest nowe, nie wiem tego, bo dawno mnie w Polsce muzycznie nie było). No i frajerem, kto nie został na bis!

dla formalności krótkie bio...
Pustki - zespół z Ostrówka, w skład obecnie wchodzi trzech panów i urocza Basia o powalającej skali głosu; zespół powstał w 1999 i od tamtej pory nagrał kilka albumów, z których największym sentymentem darzę płytę Do Mi No, a kilka dni temu wydano DVD Prywatka z serii Najmniejszy koncert świata (nie słyszałam, ale nadrobić obiecuję); odegrali całe mnóstwo koncertów, z czego wiele w plenerach, między innymi na Opener Festivalu i Off Festivalu (wieeelokrotnie) i niech im się nadal dobrze gra, amen

Très.B - formacja bardzo międzynarodowa (la formation très internationale!), gdzie piękny głosik wydaje z siebie Polka Michalina, a pozostałych dwóch członków ma korzenie holendersko-angielskie i holendersko-amerykańskie, a na dodatek, jakby tego było mało, ochrzcili zespół po francusku; zagrali w Polsce sporo koncertów, w tym Off Festival i Desperados Rafineria Festival, równie dużo w Niderlandach; mają na swoim koncie anglojęzyczny album The other hand, chociaż ja - jak na frankofila przystało - chętnie usłyszałabym ich w wersji francuskiej, ale kto wie - może oni mi jeszcze pokażą...

4 listopada 2010

z przytupem obsaca


I tak oto nadeszły jesienne słoty. Z jesienią przybyło kilka nowych zadań do wykonania. Ale nie poddajemy się, nie poddajemy. Jutro po raz pierwszy wystąpię w roli lektora nauczycielki. Nie jest prostą sprawą uczyć języka obcego istotę, która jeszcze nie zna literek ani cyferek. Tak dawno nie musiałam wnikać w świat dziecięcy! Dobrze mi zrobi trochę czasu spędzonego w towarzystwie bardzo młodej duszy. ;)
A czas jesienny skutecznie umila dobra muzyka. Powyżej piosenka Twin heart Julii Marcell. Julia Marcell, właściwie Julia Górniewicz, to polska piosenkarka, pianistka, skrzypaczka i kompozytorka w jednej osobie, pisząca własne teksty. W 2007 roku ukazała się jej EPka Storm i w roku kolejnym pełny album It might like you. Obecnie Julia mieszka w Niemczech i tam też sobie tworzy. Podczas jej jeszcze trwającej trasy koncertowej można ją było usłyszeć w jedenastu polskich miastach, w tym również w Krakowie. Z koncertu słyszałam tylko i wyłącznie pozytywne opinie. Zapewne warto było usłyszeć na żywo coś, co z krążka brzmi dynamicznie i delikatnie zarazem. Polecam.

2 listopada 2010

otóż...

Nowy blog zaczynam tym samym cytatem ze Stachury, którym zaczynałam już podobne przedsięwzięcia. Uważam, że jest bardzo zgrabnym otwarciem dla czegoś nowego, jeszcze nie do końca określonego. Już dawno nie zadawałam sobie pytania, dlaczego piszę blogi. Pewnie zaczęło się jak u wszystkich - miałam do powiedzenia coś, co nie znajdowało nigdzie czujnego i cierpliwego ucha. Na chwilę obecną myślę, że taka niczym niewymuszona aktywność w sieci bierze się może z nadmiaru słów, które muszą paść, ale nie wiadomo w czyim kierunku. No cóż, jak na to nie spojrzeć, oto jest blog, w nowej świeżutkiej oprawie. Gdyby nie był wirtualny, na pewno pachniałby jeszcze papierem i drukiem. Zapraszam.

1 listopada 2010

fabula rasa

Ta książka nie jest do przeczytania. Ta książka jest do odkrycia. Co jest w tej książce do odkrycia? To między innymi, ale przede wszystkim, że każda książka jest zawsze tylko książką; że wszystkie słowa są zawsze tylko słowami, nigdy nie są tym, co – z mniejszym lub większym popisem – usiłują opisać.
Ta książka jest opisem czegoś, co jest. To coś to nieśmiertelnie żywe życie. Możesz to odkryć, jeśli nie utkniesz na słowach, jeżeli nie zachłyśniesz się słowami, nie zadusisz słowami i nie spoczniesz na słowie jak w trumnie. Jeżeli zawieruszysz się dalej, poza słowo, poza grób.
Komu w drogę, temu teraz.
 Edward Stachura, Fabula rasa