
Jak obiecałam, przywożę z Włoch bolońskie opowieści. Było świetnie, nie da się ukryć. Z czwórką znajomych polecieliśmy tanimi liniami do Bolonii. My, jak to my, musieliśmy rozkminić wszystko po swojemu. Gdy podróżowanie jest dla Polaka zbyt proste, zaczyna kombinować na lewo i prawo, jak sobie ten proceder utrudnić. Tym oto sposobem dotarliśmy na piechotę z lotniska do centrum miasta - ot, dziesięciokilometrowy spacer na rozgrzewkę. Ale daliśmy radę, ;)

Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do mieszkania naszego hosta, Emanuele, znalezionego za pośrednictwem serwisu couch surfing. Serdeczny i przyjazny człowiek, niezwykle gościnny. Wykarmił nas włoskimi przysmakami - pizzą i pastą. Nie mogliśmy trafić na bardziej otwartego italiano. Wkrótce planuję przyswoić sobie emanuelowe przepisy, którymi się z nami podzielił. ;) Nazajutrz wyjechaliśmy pociągiem do Florencji z przesiadką w Prato.

I prawdą jest, co mówią, że Florencja to śliczne miasto. To w końcu stolica Toskanii! Każdy zakręt prowadzi do jakiegoś ukrytego miejsca, krętej uliczki, fontanny, placu, mostu... Zabytki Florencji zrobiły na mnie wrażenie, mimo że widziałam już wiele miast i wiele zabytków. Moim faworytem Ponte Vecchio - most kupiecki na rzece Arno, zwany po polsku Mostem Złotników. Wszystko to takie jak z obrazka. Z Florencji wywodzi się Carlo Collodi, autor przygód Pinokia. :)

Dnia następnego wybraliśmy się na spacer po Bolonii. To dopiero jest urocze miejsce! Bolonia jest cała w kolorze brzoskwiniowym, a dachy ma czerwone. Według mnie jest bardziej przyjazna niż Florencja - mniej turystów. Miałam okazję spojrzeć na to wszystko z lotu ptaka i fakt, można taką codzienność prawdziwie pokochać. Małgosia, którą poznałam w Lille, była naszym przewodnikiem. Pokazała nam piękne brzoskwiniowe miasto, zjedliśmy wszyscy włoskie lody i pożegnaliśmy się do następnego razu. Couchsurfingowy chrzest - zaliczony. Mondo, voglio di più - świecie chcę więcej. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz