31 lipca 2011

off stress

Od jutra pusteczko będzie pomagać przy swoim ulubionym festiwalu. I bardzo się z tego cieszy. :)

30 lipca 2011

słucham soundtracków



life is unfair
- kill yourself
or get over it

29 lipca 2011

rest your head upon the clover

Dziś przypominam o Current 93. Wcześniej pisałam o tym projekcie tutaj. To za sprawą zbliżającego się OFF Festivalu. Niewątpliwie pusteczko będzie mieć w tym roku do czynienia z panem Tibetem. Poniżej zamieszczam kawałek All the pretty little horses w wykonaniu Davida Tibeta we współpracy z Nickiem Cavem. Taki sam tytuł nosi cały album a 1996 roku. Staroć, ale ładnie brzmi w tej wersji. No i w końcu to klasyk wśród kołysanek. A koncert Current 93 w Polsce już tuż, tuż.

28 lipca 2011

caffé latté de caramello w wykonaniu własnym

Dziś zrobiłam samodzielnie caffé latté de caramello. Wyszło pysznie. Zainspirowała mnie wizyta w krakowskim Starbucksie. Wiem, że zwolennicy marki powiedzieliby, że to nie to samo. Ale pusteczko nigdy nie była zwolennikiem etykietek, zatem zapoczątkowała kawową rewolucję...
Otóż do dużego kubka wsypałam dwie łyżeczki najzwyklejszej kawy rozpuszczalnej (w moim przypadku nescafé) i zalałam wrzątkiem do połowy, tylko do połowy, bo lubię kawę pół na pół z mlekiem. Następnie odrobinę zagrzałam mleko, spieniłam blenderem i przelałam do kubka. Na wierzch polałam karmel - podgrzane dwie łyżki cukru z odrobiną wody (trzeba uważać, żeby się nie spalił!). Efekt wyglądał tak jak to widać na zamieszczonym obrazku, a smakował jeszcze lepiej. Polecam.
Swoją drogą, oczywiście wiem, że każdy potrafi zrobić sobie domowe latté. Po prostu uznałam, że to dobra okazja, żeby wrócić do nawyku pisania. Mam na oku kilka pomysłów i zaległych notek. Wkrótce zaległości będą nadrobione. Lepiej późno niż później! :)

26 lipca 2011

niesie się tęsknota czyjaś na świata cztery strony

W połowie lipca wybrałam się w Beskidy Zachodnie. Pomysł oglądania wschodu słońca ze szczytu Babiej Góry był tak piękny jak szalony, więc wybrało się ze mną tylko dwoje wariatów, którzy mają tak nierówno po sufitem jak ja.
Wyruszyliśmy busem w Krakowa do Zawoi, a stamtąd szliśmy już pieszo zielonym szlakiem w stronę schroniska Markowe Szczawiny. Tam zrobiliśmy sobie kilkugodzinny odpoczynek, wyśmiewając przy tym schroniskowy bufet. Kiedy już zaczynało się ściemniać (około dwudziestej pierwszej) wyszliśmy na czerwony szlak w stronę szczytu. Pół godziny później, stojąc na Przełęczy Brona, podziwialiśmy już panoramę Zawoi.

Uroczo wygląda tuż po zmroku takie miasto w dolinie. Ludzie zapalali w domach światła, parzyli pewnie herbatę do kolacji i zasiadali do wspólnych posiadówek, a my to na wszystko patrzeliśmy z perspektywy nieba. Nie potrafię nawet wyjaśnić, dlaczego tak fascynował mnie ten widok - przecież to miasteczko takie, jak setki innych, które już miała okazję widzieć. No cóż.

 Z przełęczy szliśmy już w zupełnej ciemności na szczyt (w takiej sytuacji latarka jest zbawiennym urządzeniem!), starając się nie zatrzymywać po drodze. Było coraz zimniej i wiał przeszywający wiatr. Na szczycie przywitali nas inni wariaci, czekając na wschód, którzy weszli na szlak przed zmrokiem. Później już razem czekaliśmy do świtu. Popijaliśmy wiśniówkę i zagryzaliśmy ją mleczną czekoladą. Przez całą noc ktoś docierał na szczyt od strony schroniska.
Około czwartej było już zupełnie jasno i tłoczno na szczycie jak na Krupówkach. Czekanie się dłużyło, ale w końcu przed piątą słońce postanowiło ukazać swoje zaspane oblicze naszym jeszcze bardziej zaspanym oczętom. Było ślicznie! Panorama wokół była zadośćuczynieniem za zmrożone opuszki palców. Wiatr zacinał tak mocno, że ciężko mi by utrzymać aparat, ale kilka zdjęć wyszło w porządku. Zamieszczam je tu jako dowody i pamiątkę z naszej wyprawy. Rozdzieliliśmy się i zeszłyśmy z koleżanką na dół czerwonym szlakiem w stronę Przełęczy Krowiarki. Tam złapałyśmy stopa, a kierowcą był niesamowity człowiek, optymista, który kiedyś przebuduje cywilizację na planecie według własnego planu. Rany, jakie nudne byłoby życie bez szaleństwa! Stachura lubiłby tę wyprawę...

25 lipca 2011

lights will guide you home

Tuż po zamknięciu sesji wyjechałam nad Bałtyk, dokładniej do Gdyni. Wszystko to za sprawą wielkiego muzycznego wydarzenia, jakim jest Opener Festival. Co roku chciałam się wybrać i co roku czegoś brakowało: albo motywacji, albo towarzystwa, albo czasu. W tym roku wszystkie trzy czynniki zostały zjednoczone i oto pusteczko wylądowała na Kosakowie...
Nie mam własnych zdjęć, bo z różnych przyczyn postanowiłam nie brać ze sobą aparatu. Nie napiszę też długaśniej recenzji z uwzględnieniem setlisty z żadnego z koncertów. Cały festiwal był dla mnie niesamowitym wydarzeniem. Usłyszałam to, czego nigdy nie omijam przy takich okazjach - ukochane Pustki i Très.B. Nacieszyłam swoje uszy muzyką The National, których niezmiennie uwielbiam odkąd usłyszałam ich na OFF Festivalu 2009. Dużą niespodzianką było dla mnie Simian Mobile Disco, prawie tak dużą jak koncert Foals, których muzykę teraz uwielbiam porównywalnie do wcześniej wspomnianego The National. Usłyszałam długo oczekiwany (oj, długo na nich czekałam) zespół The Strokes i The Wombats. Ucieszyłam się z powrotu British Sea Power do Polski, bo kilka lat temu dali niezły popis i miło było usłyszeć to raz jeszcze. Podziwiałam energię Kate Nash, bo na scenie jest niesamowita. Zrozumiałam wątpliwy fenomen muzyki Hurts i niewątpliwy fenomen muzyki Cut Copy. Oczarował mnie koncert Twilite i zaskoczył koncert Crystal Fighters. Z radością uznałam, że międzynarodowe gwiazdy festiwalu chylą czoła polskim, bo publika świetnie się bawi przy muzyce Goorala i przy starych dobrych Vavamufin. Obecnie przesłuchuję w kółko płytę Jamesa Blake'a na zmianę z Paolo Nutinim i nie mogę odżałować, że przegapiłam ich koncerty. Nie wspomnę o najbardziej oczekiwanej formacji festiwalu - grupie Coldplay. No i pusteczko zaliczyła silent disco. Poza pięknym Bałtykiem wymieniłam wszystko powody, dla których warto było tam być. A już zbliżają się dwa kolejne festiwale, na które czekam z zapartym tchem. Stuknięci melomani tak mają. :)

20 lipca 2011

ludzie nie umierają ze starości

To najprawdziwsza prawda. Ludzie nie umierają ze starości, tylko z goryczy. Długo nad tym myślałam. Bardzo długo. Pewnie za długo. Przez to myślenie zaniedbałam pusteczkowego bloga i kilka ważniejszych od niego spraw. W międzyczasie wydarzyło się dużo. Odbyło się kilka dobrych koncertów, kilka dobrych książek wpadło mi w ręce, poczyniłam pewne postępy w planie ogólnie pojętej samorealizacji, a nawet przebyłam podróż na koniec świata i z powrotem (o wszystkim, co pamiętam, napiszę!).
Zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. No to już wiem. Dziś rodzicielka uświadomiła mi, że jestem niezwykle niesympatyczna i że pierwsze słowa, jakie z siebie wypuszczam przy poznaniu nowej osoby, ostatecznie rujnują ewentualne dobre wrażenie o mnie. Rodzicielka zazwyczaj ma rację. To ta niesympatyczność - pewnie dlatego prawie nikt poza nią nie pamięta o dacie moich urodzin. Być może to także jest przyczyną kilku innych smutnych incydentów. O, ironio. Nigdy nie myślałam o sobie, jako o istocie, której można się bać.
Tak czy inaczej, odwracając częściowo uwagę czytelnika od mojej osoby i skupiając ją na tytule notki, komunikuję radośnie, że pusteczko powraca. Będzie znów obecna i rozpisana. Bo postanowiła sobie, że jeszcze nie. Jeszcze nie umrze z goryczy. Życie, to dopiero jest wyzwanie.