28 grudnia 2010

nie zamienię cię na inne

Bo wszyscy silą się na podsumowania. Płyta roku, film roku, tekst roku, wydarzenie roku... Ludzie lubią konkluzje. Lubią jak z czegoś wynika jakieś inne coś. Jakby nie wiedzieli, że jutro i tak nastąpi - z nimi lub bez ich udziału.
A mój dwutysięczny dziesiąty był... niczego sobie. Ze spokojem mogę go podsumować stwierdzeniem, że dostałam więcej śmiechu niż łez. No i dużo się nauczyłam. Pamiętam swoje zeszłoroczne postanowienie, bo miałam tylko jedno. Udało się. Postanowienie zostało wypełnione. Czasami coś mi się udaje.
A nowy rok, cóż, pewnie taki sam jak wszystkie poprzednie nowe lata - przyniesie niespodzianki. :) Stawiam w tym miejscu wielki znak zapytania. Swoją drogą, to takie ekscytujące, że nie znamy ciągu dalszego, bo on przecież dopiero nastąpi. Nie możemy tego przewinąć ani wygooglować. Hmm...

27 grudnia 2010

don't know why, she came to my mind

 

always be a first rate version
of yourself instead of a second
rate version of somebody else
                       Judy Garland

cała jaskrawość

   - ciekawe jak nas rysują - odezwał się w pewnej chwili Witek
   - właśnie! ze skrzydłami czy bez - powiedziałem, zaczynając litanię
   - z duszą na lewym ramieniu, czy na prawym - podjął zaraz Witek
i zaczęliśmy na dwa głosy:
   - na jasnym tle czy na ciemnym?
   - czy na różowym?
   - czy przy szerokim weneckim oknie?
   - za oknem błękit, ultramaryna!
   - cyprysy!
   - gaje oliwkowe!
   - albo na tle schodów! niekończące się schody...
   - schody donikąd!
   - albo w ogóle!
   - realnie czy cendentalnie?
   - czy trans?
   - we mgle, w poświacie bladoświecącej!
   - w oparach buchających!
   - deformacja! zapomnieliśmy o deformacji...
   - ogromne głowy, jak morenowe głazy unosza się w powietrzu!
   - oczy szeroko otwarte jak obręcze wozów!
   - jak młyńskie koła!
   - rzęsy jak tęcza!
   - fru-fru!
   - stopy w chmurach!
   - wyżej łąki!
   - na łąkach rozpuszczone jak deresze nasze myśli!
   - woda, rzeka!
   - może lepiej jezioro...
   - dobra, jezioro... albo nie: staw!
   - tak, staw... basen!
   - dwa baseny, Witek!
   - Edmund! one są połączone mostkiem!
   - no widzisz, Witek, widzisz! w jednym basenie pływa biały łabędź!
   - drugi wysuszony, dwóch facetów kopie w nim szpadlami!
   - wyrzucają muł na brzeg!
   - teraz nie kopią, przestali!
   - co mówią?
   - jeden mówi: może zapalimy?
   - drugi mówi: zapalimy!
wyszliśmy na brzeg i odeszliśmy kawałek na stronę, któryś z nas wyjął papierosy i zapaliliśmy, nauczyciel tymczasem zbierał od uczniów i uczennic rysunki, tu i tam ponaglając do ostatnich kresek

To mój ulubiony fragment Całej jaskrawości Edwarda Stachury. Sted jest moim ulubionym polskim poetą i prozaikiem, był mi wzorcem kiedy miałam trzynaście lat, niczym Włóczykij z Doliny Muminków dla kilkulatek (ach, co za wzniosłe porównanie), jest nim do teraz. Lubię wizję poety przeklętego, poety samotnika, który zamiast obcować z ludźmi wolał obcować z naturą. Podoba mi się jego podejście do wielu spraw. Lubię jego grafomańskie zapędy, nawet to jak układał zdania. Teksty Steda pojawią się tu na pewno jeszcze nie raz.

26 grudnia 2010

gapienie się na śnieg nocą

Four Tet to solowy projekt, który tworzy Kieran Hebden, z urodzenia Brytyjczyk, chociaż jego muzyce ciężko nadać jakąś narodowość - na mnie sprawia wrażenie muzyki wszechobecnej (ach, to takie filozoficzne!), a znawcy ochrzcili ten gatunek jako elektroniczny ambient instrumentalny. Przesłuchałam wielokrotnie jedną z jego płyt. Mowa tu o trzecim z siedmiu krążków twórczości Four Tet, czyli Rounds z 2003 roku. Cóż, wielu pisze, że od czasów Rounds Four Tet nieco zmieniło klimat muzyczny (słowem 'to' określam projekt, oczywiście). Hmm, mam więc zamiar zapoznać się też z ostatnim albumem There is love in you ze stycznia tego roku, żeby sprawdzić, czy krytycy się nie mylą. Zapewne napiszę o tym tutaj. Pod spodem przedsmak tego: utwór Reversing właśnie z ostatniej płyty Four Tet. Zresztą tego lata można było usłyszeć Four Tet na żywo na Audioriver Festival w Płocku. Kto nie był, ten ma pecha. Tak czy inaczej, stara płyta mi się podoba. Nie starzeje się. Szmery, brzdęki, stuki i szelesty. Bardzo bajkowe. Myślę, że to idealne na wieczór spędzony na oglądaniu padającego śniegu za oknem. Kto wie, może w tym rok spędzę tak Sylwestra...?

cafe gołębia 3

W Krakowie przy Gołębiej, niedaleko Starego Rynku mieści się maleńka kawiarenka Cafe Gołębia 3. Ostatni raz zawitałam na przełomie października i listopada. Miejsce przez swoją maleńkość jest naprawdę przytulne. Przy każdym drewnianym stoliku ciepłe światło lampy, a na ścianach zdjęcia z sepii i czarno-bieli. Poza tym, że można tam wypić kawę, czekoladę i zjeść pyszne ciacho, kawiarnia organizuje też raz w miesiącu cykliczne spotkania. Cykl ten zwany rynną poetycką, polega na odczytywaniu wierszy, które autorzy mogą anonimowo podrzucać do poetyckiej skrzynki (skrzynkę - jak nazwa wskazuje - można znaleźć tuż obok poetyckiej rynny przy Gołębiej). Co miesiąc wśród autorów wybiera się zwycięzcę, a nagrodą jest publikacja wiesza w Gazecie Krakowskiej i... filiżanka kawy. ;) O rynnie poetyckiej i kilku innych rzeczach można poczytać na stronie internetowej kawiarni.

24 grudnia 2010

jest klimat

Jak było pisane wczoraj, Wigilia okazją do wyciągnięcia porządnego sprzętu foto. Zdjęcia nie powalają (przyznaję - moja wina, ostatnio bardzo rzadko mam aparat w rękach, więc mistrzem nie jestem). Uwieczniłam kilka takich momentów, których przenigdy bym tu nie wkleiła, ale jest też kilka banalnych, no i jest klimat. :)

 
(Wigilia na Źródlanej, incipit)

 
 (herbaciane róże dla wigilijnej solenizantki)

  
(najmłodsza uczestniczka - jej pierwsze BN i honorowa porcja barszczu z uszkiem;))

Pochwalę się, że dostałam pod choinkę Spacerownik krakowski. Póki co na długie spacery jeszcze za zimno, więc poprzestanę na lekturze przy ciepłej herbacie, ale jak tylko przyjdzie wiosna, ruszam spacerować! I tak. To jednak warto. Warto się nabiegać, żeby zobaczyć czyjś uśmiech, zadowolenie i usłyszeć kilka ciepłych słów. Czasami warto.

ale czy warto? może nie warto?
ech, chyba warto... tak, tak - to warto!
bardzo to warto! o, tak - to warto!
jeszcze jak warto!

23 grudnia 2010

elfy zrobiły swoje

Wyrobiłam swoją dzisiejszą normę jako kucharka, sprzątaczka, stylistka, dekoratorka, no i na samym końcu autorka bloga. Wigilia. Rano bieganina zacznie się na nowo, ale chyba czasami warto się trochę nabiegać, żeby zobaczyć uśmiechy i zadowolenie innych. Nareszcie będzie okazja (i czas), żeby wyjąć z szafy porządny sprzęt fotograficzny. Już bardzo dawno Źródlana nie gościła tylu ludzi jednocześnie. Zabawa gwarantowana. Wszystkim życzę, żeby w te święta nie czuli się sami ani samotni.
A z całą resztą niech się dzieje, co chce.
Wesołych Świąt.
Joyeux Noël.
Merry Christmas.
Feliz Navidad.
God Jul.
Crăciun Fericit.
Frohe Weihnachten.
Hyvää Joulua.
Mutlu Noeller.
Весела Коледа.
Καλά Χριστούγεννα.
(i think i didn't miss any of my friends-foreigners, they won't read it anyway;))

tajemniczy ogród

Miejsce nie tylko na dobrą kawę, ale też kufel piwa - co kto woli. Tajemniczy Ogród na krakowskim Placu Nowym niestety zastrzega sobie wszelkie prawa do swojego logo, ale będąc na Placu Nowym w okolicach Alchemii, nie sposób go nie zauważyć. Miła atmosfera i ciepłe wnętrze, a i czasami barman się ładnie uśmiechnie. ;) Pierwszy raz trafiłam tam chyba jeszcze w czasach liceum, kiedy błąkałam się po Kazimierzu właściwie bez celu, no i tak zostało. Co jakiś czas z chęcią tam wracam. Dobre miejsce, polecam. Zresztą poza swoim zastrzeżonym logo, mają też ładną stronę internetową, gdzie można to wszystko pooglądać z różnych perspektyw, nie tylko na zdjęciach, ale i na panoramach trzysta sześćdziesiąt stopni. ;)

so you better move fast!

Dziś obiecana kilkanaście postów wcześniej notka o Rilo Kiley.
Otóż Rilo Kiley to kalifornijska formacja. Grają sobie trochę rockowo, trochę popowo, a trochę takim przyjaznym szmerem delikatnego folku. I to grają już - ho, ho - ponad dziesięć lat, bo ich początki to końcówka lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory nagrali jedną EPkę i cztery pełne albumy, ostatni to wydany w 2007 roku Under the blacklight. Chociaż jestem zaznajomiona tylko z jedną płytą The execution of all things z 2002. Lekka, przyjemna, trochę ładnego strunowego grania. Wokal rudowłosej Jenny Lewis jest całkiem przyjemny. Poza nią w zespole jest trzech panów, przyśpiewują, przygrywają na gitarach, klawiszach, perkusji - klasyk rodzaju, ale miły dla ucha. Cóż tu dużo rozkminiać, zespół jest znany głównie w USA, bo tam grali większość swoich koncertów (a było tego sporo!), po Europie mieli dwie trasy w latach 2005 i 2007. Rok później zaprzestali koncertowania po dzień dzisiejszy.
Pod spodem zamieszczam kawałek With arms outstretched, to chyba jeden z najbardziej rozpoznawalnych, w oryginale słychać cymbałki i przez to brzmi całkiem, całkiem świątecznie, ale - co poradzić - lubię wersje koncertowe, zwłaszcza kawałków, których teksty zna na pamięć całe audytorium. ;) I co z tego, że to słabsze jakościowo? Brzmi cieplej. Koncert z Baltimore z lipca 2008 roku. Wybrałam wersję z możliwie małą liczbą pisków szalonych nastolatek w pierwszych rzędach, za to kręconą z takiej perspektywy, z której zwykłam patrzeć na muzyków podczas koncertów (znaczy się: żabia perspektywa;)). Miłego odsłuchu.

22 grudnia 2010

cross your fingers, hold your toes

Choinka już wystrojona, a ja słucham Laury Marling.
Laura Marling to młodziutka piosenkarka rodem z Wielkiej Brytanii. Jej muzyka to pomieszanie folku, tego folku z przytupem obcasa, z czymś delikatnym i spokojnym, słychać gitarę, skrzypce oraz kilka instrumentów, których nie potrafię nazwać z moją laicką wiedzą, w każdym razie brzmi ciekawie. Laura zaczynała - jak wszyscy - od supportów. Obecnie jeździ ze swoją muzyką po całym świecie, dosłownie po całym, z kontynentu na kontynent. Zresztą dobiega końca jej trasa koncertowa, ostatni koncert zagra w USA jako support Iron&Wine (o tym innym razem). Trasa promuje najnowszy krążek I speak because I can. Nie jest to pierwsza płyta Laury, poprzednia została wydana dwa lata temu pod tytułem Alas I cannot swim. Według mnie pierwsza płyta była ciekawsza, choć z drugiej strony ta jest już bardziej ukierunkowana na konkretne brzmienie, konkretną konwencję. Sami oceńcie. Ma coś w sobie to młode dziewczę, ale myślę, że muzyczna perfekcja przychodzi z wiekiem, więc na powalające efekty poczekamy. Jednak z czystym sumieniem mogę napisać, że jest obiecująco. Obie płyty przyjemne dla uszu na czas świąteczny.

20 grudnia 2010

przy takiej muzyce można marzyć

Jest środek nocy, nie śpię (jak zwykle o tej porze) i słucham sobie The Album Leaf. Posiadam kilka albumów, wszystkie są tak samo bajkowe i skłaniają umysł do co najmniej odpoczynku, a ciało do co najmniej lewitacji.
The Album Leaf to projekt muzyczny, którego autorem jest Jimmy LaValle. Sam Jimmy LaValle pochodzi z San Diego w Kalifornii. Jeśli wierzyć polskiej wersji notatki last.fm, Jimmy był dzieckiem cudownym - kiedy skończył cztery lata zaczął grać na pianinie, później gitarze, a jako nastolatek miał już swój pierwszy zespół, a później wiązał się już z przeróżnymi formacjami i tu wtrącam 'i tak dalej'. Może kiedyś poznamy się bliżej. Ponieważ cuda rzadko się zdarzają, toteż na wątek cudownego dzieciństwa Jimmiego patrzę przez palce. Wracając do faktów: The Album Leaf powstało pod koniec lat dziewięćdziesiątych, a swoją nazwę wzięło od... utworu Fryderyka Chopina. Tak, dokładnie. Projekt ma już na swoim koncie pięć pełnych albumów (i trochę więcej EPek). Ostatni longplay A chorus of storytellers wyszedł na światło dzienne w lutym tego roku. Wszystko niezmiennie utrzymane w tej samej konwencji spokojnej, cichej i bajkowej. Przedsmak - Within dreams - poniżej...

19 grudnia 2010

englishman in europe

Od czasu ostatniej trasy koncertowej Stinga z The Royal Philharmonic Orchestra, chętnie wracam do wykonań z orkiestrą symfoniczną. Wykonania symfoniczne są mi bliższe niż oryginalne, nie wiem dlaczego. Może po prostą brzmią bardziej pompatycznie, może są takie bardziej bajkowe. Nie wiem. Pamiętam tylko, że podczas koncertu w Poznaniu byłam naprawdę pod wrażeniem dźwięku (bardzo dobre nagłośnienie). No i ponieważ rzadko bywam na koncertach orkiestrowych (wstyd przyznać - od czasów obowiązkowych wyjść licealnych nie odwiedziłam filharmonii) urzekła mnie synchronizacja wszystkich osób na scenie. Niesamowite, że kilkadziesiąt osób potrafi równolegle grać i złożyć z tego piękne kawałki. Zawsze mnie dziwiło jak muzycy orkiestrowi to robią. I to jeszcze na żywo.
Koncert w Polsce miał swój urok. Miałam wrażenie, że wszyscy wiedzą dokładnie po co przyszli, co chcą usłyszeć i że będzie to brzmiało dobrze. Zresztą sam dziadek Sting - nie wiem jak ten facet to robi, że jest już siwy, ma zmarszczki, a śpiewa i gra, jakby miał dwadzieścia pięć lat i jeszcze wszyscy to lubią (i tu akurat fakt istnienia orkiestry nie ma nic do rzeczy, bo ten sam fenomen miałam przyjemność zauważyć na Stadionie Chorzowskim podczas koncertu The Police w 2008). Cała trasa Stinga z The Royal Philharmonic Orchestra została uwieczniona na DVD, a wcześniej całość nagrana w studiu, czego owocem krążek Symphonicities. Mniam. Relaksujące, przyjemne i - jak pisałam - bajkowe. Usłyszałam też na żywo - Sting puścił do mnie oko. Polecam.


18 grudnia 2010

czekolada

Wczoraj odkryłam miejsce, gdzie nie wypada nie napić się gorącej czekolady. Kawiarnia Czekolada mieści się przy Brackiej 4. Bardzo miłe miejsce. Trochę ukryte w podwórzu bramy, ale dzięki temu mniej tłoczne. Ani za ciche, ani za głośne, ale - co najważniejsze (przy mrozie dziesięciostopniowym człowiek myśli innymi kategoriami) - ciepłe. No i z wygodnymi kanapami. Nie wiem, jak było tam wcześniej, ale obecnie zachwyca mnie przestrzeganie zakazu palenia w miejscach publicznych (nie mówię tu tylko o Czekoladzie, zachwyca mnie to teraz w każdym lokalu). Palacze mogą sobie marudzić i kręcić nosem, ale uwierzcie - osobie niepalącej od razu robi się przyjemniej. W kawiarni poza pyszną gorącą czekoladą można się napić między innymi całkiem dobrego, klasycznego grzańca. Inne specjały wypróbuję następnym razem, a wrócę tam na pewno.
A na rzeczonym grzańcu i czekoladzie byłam razem z Anną. Anna to taka pozytywna postać. Dobrze czasami wyrwać się z domu, żeby wymienić między sobą kilka babskich uwag i zostać przysłowiowo poklepaną po plecach. ;)

17 grudnia 2010

czasem nagle smutniejesz




Mamy drugą połowę grudnia. Tak to prawie nadeszło Boże Narodzenie. Kraków świeci już ozdobami świątecznymi, pachnie piernikami z okien blokowisk i brzmi kramami na Starym Rynku. Studenci tymczasem uciekają z tej świątecznej utopii do innych miejsc świata, gdzie będą mogli odczuć to samo w swoich domach. Kraków ukryty gdzieś między codzienną bieganiną, pośniegowym błotem, ciszą z jaką pada śnieg nocą. Ostatnie dni w Krakowie nie przyniosły mi dobrej passy. Wszystko zaczęło się od posolenia herbaty i posłodzenia jajecznicy w poniedziałek. A potem było już tylko gorzej.
Nowy Tygodniu i Nowy Roku, przynieście mi więcej uśmiechu. Potrzeba mi go w zapasie.

16 grudnia 2010

hearing damage

Powrót dźwięków dobrych i sprawdzonych.
Moim ulubionym soundtrackiem jest ścieżka do ekranizacji drugiej części sagi Stephenie Meyer. Mowa oczywiście o Twilight - New Moon. Samej sagi nie czytałam, choć słyszałam z wielu stron, że warto, że porywająca lektura. Może i warto, mnie tam nigdy gatunek fantasy nie pociągał, a już wampiry i wilkołaki tym bardziej. A film, cóż, słaby. Moje zaznajamianie się z ekranizacjami zaczęłam od środka sagi, później nadrobiłam braki i obejrzałam wszystkie nakręcone części. Muszę przyznać, że co do swojej przeciętności i banalności są spójne.;) Ale nie o tym, nie o tym, tylko o soundtracku. Nie wiem dlaczego - poruszył mnie za pierwszym razem i od tamtej pory robi to niezmiennie. Wśród muzyków nagrywających trafiło się kilka perełek: Lykke Li, The Killers, Bon Iver, St. Vincent, Editors, Grizzly Bear, Sea Wolf, no i mistrz nad mistrze, jeden z najbardziej znanych kompozytorów soundtracków Alexander Desplat. Może kiedyś poświęcę mu osobną notkę, bo tyle dźwięków jednocześnie nie można udźwignąć w krótkiej notatce. A żeby tak nie wychwalać rzeczonego soundtracku bez żadnej karty przetargowej, zamieszczam jeden z moich ulubionych kawałków - według mnie, wśród tych smaczków, najsmaczniejszy, autorstwa wspaniałego muzyka, który wiele dobrego przeskrobał. Tom Yorke i od razu jest czym uszy cieszyć.

14 grudnia 2010

kropki, kreski

W między czasie wyszła na światło dzienne płyta Brodki. Trochę czasu minęło, zanim się przekonałam, że warto ją przesłuchać i napisać o niej. Dlaczego długo? Bo odkąd kilka lat temu ktoś nakłonił dziewczynę do zagrania na jednej z bardziej komercyjnych imprez sylwestrowych, przestałam traktować jej muzykę poważnie. A dlaczego warto napisać o nowej płycie? Bo jest inna. Pamiętam z czasów, kiedy słuchałam bardzo dużo radia, że każdy muzyk-pseudo-artysta mówił o nowej płycie, że 'ten krążek jest zupełnie inny od poprzedniego' bo nagrywałem go w innym studiu, po bo pisałem na kolanie, bo wylałem herbatę na kable, bo to, bo tamto. I mimo tych rozległych doświadczeń słuchaczaki radiowej przyznaję otwarcie: nowa płyta Brodki jest inna niż poprzednie i ta różnica wali po oczach (i uszach). Już nie jest tak banalna, bardziej zmanierowana, łatwiej zapadająca w moje ucho. Brakuje mi na niej pięknego Brodkowego niskiego tonu, bo się tam nie pojawia, a pewnie nie ja jedna zauważam, że ta dziewczyna ślicznie brzmi, kiedy śpiewa niskim głosem. Ale, ale - w wysokich tonach daje radę. Za zmianą stylu granego idzie zmiana powszechnie określanego wizerunku (ach, nie znoszę słowa image w tym znaczeniu!) i w ogóle zmiana audytorium - może nie o sto osiemdziesiąt stopni, ale o jakieś sto, to na pewno. A skoro zmiana audytorium, to zmiana środków przekazu - grają w innych stacjach radiowych, piszą w innej prasie. Według mnie zmiany in plus. Uwolnienie od konwencji komercyjnej, z rozmachem, ale (póki co) w dobrym guście. Pasuje. Byle nie przerodziło się to w manieryzm nieuzasadniony. To duża odpowiedzialność za utrzymanie stylu. Popatrzę, posłucham, zobaczę co będzie dalej. Na razie płyta Granda oceniona na plus. I nie omieszkam dodać, że jeden z kawałków na krążku jest napisany en français. :)

12 grudnia 2010

bańki


Do niektórych miejsc i ludzi wracamy częściej, do innych rzadziej. Dobrze, że są tacy ludzie i takie miejsca, do których wracamy z ochotą i sentymentem. Inaczej życie byłoby jakimś bezsensownym zbiorem adresów i nazwisk. Pozwalamy sobie żyć w tej bańce mydlanej dobrych wspomnień. Pozwalajmy sobie jak najczęściej. :)

11 grudnia 2010

holenderskie smaczki

Marike Jager jest holenderską wokalistką, zaliczaną do zaszczytnego grona songwriterów. Oraz podobno jednym z najsłynniejszych w Holandii pięknych głosów. W Polsce nie słychać o niej wcale, a szkoda i dziwność to nie lada, bo - jeśli wierzyć last.fm - Marike nagrała już trzy krążki. Mnie znana jest płytka The beauty around i wracam do niej wielokrotnie, bo ładna, zgrabnie złożona i relaksująca. No ma coś w sobie niewątpliwie. Nie żebym uważała, że co holenderskie, to dobre, ale ten przypadek jest prawdziwie dobry. :) A cóż to za rodzaj muzyki? Nie mam pojęcia. Nie jest to pop, nie jest to jazz, nie jest to blues, ani też soul. To chyba coś pomiędzy tymi czterema. Według mnie daje radę. Głos zresztą ma silny, robi wrażenie. Polecam.

the way things have to be

Paula i Karol - duet niebanalny. Jak tak słucham bootlega z tegorocznego Off Festivalu, to zastanawiam się, skąd biorą się tacy ludzie. Widać zresztą po zamieszczonym obok zdjęciu, że tacy do końca normalni to oni nie są. Prawdziwi utalentowani wariaci. Grają na gitarach, skrzypkach i dzwoneczkach - często z zespołem (tak właśnie było w przypadku tegorocznego Offa). Sam zestaw instrumentów świadczy o tym, że muzyka jest pozytywna. Grają tak radośnie, że człowiek zaczyna się uśmiechać mimo woli. Do tej pory, poza rzeczonym Off Festivalem, można ich było usłyszeć na tegorocznym Opener Festival. Najwięcej koncertów do tej pory zagrali w stolicy, ale ale... Na dniach wyszła ich pierwsza płyta Overshare, o której promocji można już usłyszeć tu i ówdzie - sama jeszcze jej nie zdobyłam, acz po materiale z Offa już wiem, że jest warta polecenia.
Podsumowując: Paulo i Karolu, tak trzymać!:)

9 grudnia 2010

zdawkowa wiadomość tygodnia


Coldplay w Polsce!
Już w czerwcu. Takie są najświeższe informacje odnośnie artystów przyszłorocznego Opener Festival. Już chyba wszyscy o tym słyszeli. Zamieszczam tu znak, że i mnie wiadomo, że i ja się wybieram, to takie oczywiste. Człowiekowi od razu lżej na duszy, kiedy przypomina sobie o dobrych nutach. :)

3 grudnia 2010

his name is gabe

Otóż Gabe Bondoc jest tematem tejże noty. Przesłuchałam jego płytę Hi, my name is Gabe raz, może dwa razy. Nie zachwyca, nie powala na kolana. Ot, muzyka pop. Miałam nawet o nim nie pisać, bo ze słuchu wydał mi się zwyczajnym-amerykańskim-pop-chłopcem. A jednak.
Poczytałam tu i tam na jego temat i okazuje się, że rzeczony Gabe może i owszem nagrywa sobie w USA, ale takim do końca amerykańskim chłopcem nie jest, korzenie ma bowiem azjatyckie, a dokładnie filipińskie. Było dla mnie oczywiste, że jako gwiazda pop musi być ubóstwiany przez małolaty z całego świata (a już na pewno te azjatyckie). I tu ponownie intuicja moja poniosła sromotną porażkę, bo w serwisie last.fm nota biograficzna Gabe'a jest dostępna tylko w języku angielskim. Uznałam więc, rozgrzeszając przy tym moją zawodną intuicję, że zamieszczę tu notę o nim. W 2010 roku ukazał się jego najnowszy longplay Summertime LP. Nie napiszę, że polecam, bo nie zapoznałam się jeszcze, acz jako usypiacz
polecić zapewne mogę Hi, my name is Gabe.


in a complicated world you bring simplicity because
while everybody’s talking you’re just listening

2 grudnia 2010

samskeyti

Ostatnio miewam ciężkie dni. Zapętliłam się we własnych obowiązkach tak żałośnie, że gotowa byłam nawet pozostać w tym zabieganiu jeszcze przez długo. Obowiązki, obietnice, przyrzeczenia, wyrzeczenia, praca, nauka. Od dłuższego czasu męczy mnie bardzo ważna decyzja do podjęcia. Właściwie to już nie dylemat, tylko kwestia chęci. Dużo by pisać.
Przez chwilę zapomniałam o tych wszystkich pięknych rzeczach, które zawsze podnosiły mnie na duchu. Zapomniałam na moment o wszystkich dobrych ludziach, których znam. Zapomniałam o tym, że na każdy problem istnieje nieskończona ilość punktów widzenia. Zapomniałam w tym wszystkim, że jest przecież muzyka i że niezmiennie od lat motywuje mnie do tego, żeby nie stać w miejscu i nie zapętlać się w tym szaleństwie. A zamieszkało to szaleństwo przez ostatnie dni w mojej głowie i nie pozwalało się wydostać na powierzchnię.
I nagle usłyszałam w radiu coś pięknego. To właściwie dziwne, że słucham i dźwięki, które słyszę zmuszają mnie do myślenia w ten a nie inny sposób. Dziwne i piękne, lubię ten niewyjaśniony fenomen. Trzyma mnie przy życiu i często wywołuje uśmiech. :) W tę zimę okrutnie mroźną pozdrawiam ciepło wszystkich melomaniaków.
Aha, samskeyti to po islandzku skrzyżowania. I tytuł pięknego utworu Sigur Rós.