19 sierpnia 2014

route du vin

W ubiegłym tygodniu przyszło mi podróżować. Celem mojego wyjazdu było państwo siódme od końca pod względem wielkości wśród państw naszego kontynentu, czyli Luxembourg. Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce i pewnie przez dłuższy czas nie będzie mi dane tam wrócić. A szkoda, bo to ładny kraj, bardzo uporządkowany, bardzo czysty i bardzo zielony. Poza stolicą, w której spędziłam bez mała tydzień, udało mi się zobaczyć dużo więcej.

Mój ulubiony człowiek na świecie, który gościł mnie tamże, zabrał mnie na wyprawę rowerową do malowniczej doliny rzeki Mozeli. Tamtędy prowadzi tak zwana Route de Vin, czyli trasa winna. Ścieżka rowerowa zaczyna się w miejscowości Grevenmacher i biegnie wzgłuż granicy niemiecko-luksemburskiej. Widoki po drodze są iście malownicze, bo trasa prowadzi wzdłuż rzeki, a wszędzie wokół rozpościerają się winnice, zarówno na luksemburskim, jak i na niemieckim brzegu. Po drodze mija się głównie wędkarzy, piechurów albo innych rowerzystów. W kilku miejscach po drodze można się zatrzymać na degustacje lokalnych win.


Zatrzymaliśmy się w bajkowym Remich na szybki obiad przy rzece. Nasza przejażdżka zakończyła się w Schengen, gdzie byliśmy zmuszeni zwrócić wypożyczne rowery w budynku Centre Européen. Łącznie przebyliśmy na rowerach ponad trzydzieści kilometrów (to zdecydowanie więcej niż pół-maraton, wbrew powszechnemu przekonaniu o tej trasie...).

Było tam przepięknie. Bardzo lubię zieleń i uwielbiam, kiedy otacza mnie taka sceneria. Żyć, nie umierać! Mój ulubiony człowiek na świecie zrobił mi tą wyprawą przemiłą niespodziankę. Po powrocie do stolicy, wypiliśmy jedną butelkę wina z doliny Mozeli. Trochę więcej o luksemburskich winach i Route du Vin można znaleźć tutaj. Wino z pleśniowymi serami smakowało mi tak jak widoki. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócimy...
Teraz czekam na wrześniowy powrót mojego wygnańca do kraju. Tuż po jego przylocie, znów wyruszamy. Tym razem do Kraju Basków.

10 sierpnia 2014

nie ma życia na Księżycu, na Księżycu nie ma życia


 


Moje dzisiejsze plany na wieczór były określone, ale zmieniły swój bieg. Po przejechaniu dziesięciu kilometrów na rolkach po krakowkich Błoniach, zebrałyśmy tyłki na Kopiec Kraka, żeby z góry pooglądać miasto, a z dołu pełnię Księżyca i spadające gwiazdy. Uwielbiam te mało rozsądne pomysły realizowane zupełnie bez planu. Muszę kiedyś uświadomić moje szurnięte koleżanki, że je uwielbiam też. Wiem, że kiedyś może mi ich brakować i oby rozsądek nie znalazł nas za szybko. :)


skąd się biorą ci kosmici
w dobranockach, snach i bajkach?