18 marca 2011

wiosenne podrygi

Żeby przegonić zimne wiatry i zachęcić wiosnę do rozgoszczenia się na dobre, zamieszczam wiosennie brzmiący kawałek Lykke Li pod tytułem Dance, dance, dance. Za sprawą ostatniej płyty (i nadciągającej wiosny) ostatnio dużo słucham Lykke Li. Może w najbliższym czasie wyskrobię i notkę na jej temat. Póki co muzyczny smaczek poprzedniego krążka. Miłego odsłuchu.

kolorowa pasta z brzoskwiniowego miasta

Mój dzisiejszy szybki obiad to orecchiette według przepisu Emanuele, naszego włoskiego hosta. Orecchiette to specjalna nazwa makaronu o kształcie małych uszek (stąd nazwa: orecchia - ucho), ale można podawać to danie właściwie z makaronem dowolnego kształtu. Dziś wybrałam akurat makaron kolorowy - do zdobycia w większości sklepów spożywczym. Sekret i prostota tkwi w sosie...
Otóż najpierw powinno się podsmażyć na patelni boczek (w wersji wegetariańskiej - moja taka była - nie dodaje się boczku) i cebulkę. Kiedy cebulka stanie się złota, wtedy na patelkę wlewa się jedną śmietanę (co najmniej trzydziestoprocentową). Do tego dodaje się soli i pieprzu do smaku. Całość doprowadza do wrzenia i pozostawia na wolnym ogniu na kilka minut, aż śmietana zabarwi się na złoto od soków cebuli. Następnie do sosu dodaje się zielony groszek (mała puszka wystarczy). W mojej wersji była jeszcze kukurydza, chociaż z samym groszkiem smakowało lepiej, co kto woli. W międzyczasie gotuje się makaron. Kiedy jest już ugotowany i odcedzony, polewa się go sosem z patelni i wszystko miesza. Po nałożeniu na talerz można posypać danie parmezanem albo zwykłym startym serem żółtym. Całość jest bardzo prosta w przygotowaniu i zajmuje to co najwyżej pół godziny. Prawdziwy włoski smakołyk. Buon apetito! :)

17 marca 2011

allora... włoskie wędrowanie maluczkich!

Jak obiecałam, przywożę z Włoch bolońskie opowieści. Było świetnie, nie da się ukryć. Z czwórką znajomych polecieliśmy tanimi liniami do Bolonii. My, jak to my, musieliśmy rozkminić wszystko po swojemu. Gdy podróżowanie jest dla Polaka zbyt proste, zaczyna kombinować na lewo i prawo, jak sobie ten proceder utrudnić. Tym oto sposobem dotarliśmy na piechotę z lotniska do centrum miasta - ot, dziesięciokilometrowy spacer na rozgrzewkę. Ale daliśmy radę, ;)
Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do mieszkania naszego hosta, Emanuele, znalezionego za pośrednictwem serwisu couch surfing. Serdeczny i przyjazny człowiek, niezwykle gościnny. Wykarmił nas włoskimi przysmakami - pizzą i pastą. Nie mogliśmy trafić na bardziej otwartego italiano. Wkrótce planuję przyswoić sobie emanuelowe przepisy, którymi się z nami podzielił. ;) Nazajutrz wyjechaliśmy pociągiem do Florencji z przesiadką w Prato.
I prawdą jest, co mówią, że Florencja to śliczne miasto. To w końcu stolica Toskanii! Każdy zakręt prowadzi do jakiegoś ukrytego miejsca, krętej uliczki, fontanny, placu, mostu... Zabytki Florencji zrobiły na mnie wrażenie, mimo że widziałam już wiele miast i wiele zabytków. Moim faworytem Ponte Vecchio - most kupiecki na rzece Arno, zwany po polsku Mostem Złotników. Wszystko to takie jak z obrazka. Z Florencji wywodzi się Carlo Collodi, autor przygód Pinokia. :)
Dnia następnego wybraliśmy się na spacer po Bolonii. To dopiero jest urocze miejsce! Bolonia jest cała w kolorze brzoskwiniowym, a dachy ma czerwone. Według mnie jest bardziej przyjazna niż Florencja - mniej turystów. Miałam okazję spojrzeć na to wszystko z lotu ptaka i fakt, można taką codzienność prawdziwie pokochać. Małgosia, którą poznałam w Lille, była naszym przewodnikiem. Pokazała nam piękne brzoskwiniowe miasto, zjedliśmy wszyscy włoskie lody i pożegnaliśmy się do następnego razu. Couchsurfingowy chrzest - zaliczony. Mondo, voglio di più - świecie chcę więcej. :)

harris piano jazz bar

Niedawno, poszukując miejsca, gdzie można wypić grzańca w okolicy Starego Rynku, trafiłam pod adres Rynek Główny 28, czyli do Harris Piano Jazz Bar. Ciepłe i klimatyczne miejsce. Naprawdę zachęca, żeby dłużej w nim posiedzieć. Z głośników (trochę za głośno) gra całkiem, całkiem przyjemna muzyka, w tym - uwaga, rzadkość jak na kawiarniano-klubowe klimaty - Radiogłowi. Ładnie zagospodarowana przestrzeń. Przy schodach wejściowych wszystkich wita olbrzym z trąbką. Całość jest urządzona w ciepłym, przyjaznym stylu - może nie nazwałabym tego retro, ale ma w sobie coś z tej epoki świetności jazzu. No i przede wszystkim koncerty. Harris Piano Jazz Bar słynie już od dawna z częstych jazz session i smooth session, na które bilety wstępu w cenach bardzo, bardzo przystępnych. Muzyka robi swoje, a za barem obsługa niczego sobie, No i wino grzane pyszne. Więcej o koncertach organizowanych w Harrisie można poczytać na jego stronie internetowej.
A na grzańcu byłam w babskim gronie znajomych ze studiów. Powspominałyśmy stare czasy i poprzytakiwałyśmy sobie, jak to czas szybko leci i wszystko zmienia. Czasami chciałoby się go zatrzymać

9 marca 2011

życie to surfing, czyli jak zostałam prawdziwym surferem

Jutro lecę do Włoch. Wszystko to za sprawą grupy popaprańców, którzy - tak to ujmę - nie odbierają życia zbyt poważnie. I chwała im za to. :) Prawda jest taka, że gdyby nie oni, to chyba bym zwariowała, zamartwiając się moimi przyziemnymi problemami. Boże, jeśli nie postawisz na mojej drodze prawdziwych przyjaciół, to stawiaj chociaż takich nieprawdziwych, z którymi mogę śmiać się do łez.
Spokojnie, za trzy dni będę z powrotem z porcją włoskich opowieści. Cieszy mnie myśl o tym wyjeździe. Cieszy mnie bardzo. Dla jasności tytułu dodam, że nocleg w kraju makaronu znaleźliśmy przez serwis couchsurfing. Chociaż to nie nowość, to dla mnie nadal stanowi szaloną i piękną ideę. Jestem pewna, że gdyby Stachura nadal żył, wędrowałby po świecie jako surfer. Jak zwykle pakuję się na ostatnią chwilę. Nie wspomnę już o całej prowizorycznej organizacji. Ale bez bałaganu, nie ma zabawy. 
W pusteczkowym świecie dużo zmian. Dużo się dzieje i jeszcze nie wiadomo do końca, czy to źle czy dobrze. Po smutnym styczniu, zabieganym lutym i wtorkowym rozczarowaniu, pusteczko mebluje swoje życie na nowo.

komu w drogę, temu teraz

6 marca 2011

klub bomba

Dziś dzień był śliczny, więc wybrałam się na spacer Młynówką Królewską. Wietrzyk jeszcze wyraźnie daje mi do zrozumienia, że to jeszcze nie wiosna, ale to nic, to nic. Zawędrowałam do Alei, dalej Łobzowską i Garbarską. Niedaleko, przy Placu Szczepańskim 2 znajduje się się Klub Bomba. Nie była to moja pierwsza wizyta w Bombie - byłam tam już przy okazji koncertu Pauli i Karola. Miejsce jest przytulne, ma wygodne fotele,
w których można się przyzwoicie rozsiąść. W tle muzyka lekkostrawna.
Przyjemnie. Widok z piętra na cały Plac Szczepański, włącznie z fontanną (niestety końcem zimy jeszcze nie czynną), tworzy świetny efekt. Podoba mi się też wizja menu wypisanego na ogromnych lustrach przy barze - bardzo pomysłowe i ciekawie wygląda. No i jest dostęp do internetowego łącza, co jeszcze nie wszędzie jest u nas standardem. Niestety na minus tego - niczego sobie - miejsca działają... ukrywający się na piętrze palacze. No, no. Tu grożę palcem i stwierdzeniem, że jeśli jeszcze raz się w tym spotkam w Bombie, to więcej do niej nie wrócę. Wszystko pozostałe na plus. Kawa z ekspresu za siódemkę. Polecam. A na tej pysznej kawie i spacerze wzdłuż Młynówki Królewskiej była ze mną Iwona. :)

5 marca 2011

magiczne dźwięki instrumentów wróżki z bajki

Nigdy nie szukałam muzyki Basi Bulat, ktoś mi ją po prostu ukazał. To jest taki przypadek muzyka, który wprawia mnie w jakiś niem podziw, zachwyt, nie wiem jak to nazwać. Lubię tych, którzy łamią stereotyp song-writera introwertyka - ot, zwykła moja ludzka wrażliwość. Nie wiem, doprawdy nie wiem, skąd biorą się tacy ludzie. Nie doszukałam się nigdzie wiarygodnego stwierdzenia, czy Basia ma polskie pochodzenie, czy nie - w każdym razie mieszka i tworzy za Atlantykiem. Dziewczyna niewątpliwie ma talent muzyczny. Śpiewa tak ciepłym głosem, tak miękkim, że człowiekowi od razu robi się przyjemnie. To jeszcze nic: gra na pianinie, gitarze, flecie, saksofonie, ukulele, banjo i autoharfie. Wszystko to układa się w kompozycję przyjazną, folkowo-soulową, brzmiącą dobrze także w wersji unplugged. W ogóle, jeśli ktoś będzie miał okazję zobaczyć Basię (mówię tu o nagraniach, chociaż właściwie to marzy mi się jaki koncert - jakoś do Polski jej zupełnie nie po drodze), to zdecydowanie polecam - ma w sobie jakiś urzekający i niewytłumaczalny wdzięk. Jej ostatni album to wydany w zeszłym roku Heart of my own. To jej trzeci pełnometrażowy krążek. Co tu dużo gadać, brzmi bardzo przekonująco. Z wymienionych wyżej instrumentów, nie ma tam chyba tylko saksofonu. Aby przekonać, zamieszczam poniżej link do nagrania kawałka The shore dla francuskiego serwisu Le hiboo (dodaję do sznurków obok), właśnie z tej płyty. Wpasował mi się idealnie w melancholijny nastrój ostatniej soboty karnawału. No i ładnie widać na nim, jak Basia gra na swojej magicznej autoharfie. Miłego odsłuchu. :)

quiche lorraine w pełnej prowizorce

Moim najnowszym kuchennym osiągnięciem jest quiche lorraine, czyli inaczej mówiąc tarta loretańska. Przepis dostałam od Patricka, znajomego Francuza. Tarta do najtrudniejszych nie należy, ale ze względu na poziom moich kulinarnych zdolności jestem z niej dumna. :)
Najpierw przygotowuje się ciasto do tarty, do którego potrzebna jest szklanka mąki, masło (około 100 gram), dwa jajka, szczypta soli i woda. Całość należy urobić w gęstą masę, którą następnie odkłada się na dwadzieścia minut do lodówki. Ten czas poświęca się nadzieniu, czyli temu, co najważniejsze. Do tego potrzebne są cztery jajka, pół szklanki mleka i dwa razy tyle śmietany. Wszystko to miesza się i doprawia solą i pieprzem. Pozostałe składniki nadzienia (których na tym etapie nie dodaje się) dobrać można wedle własnego uznania - oryginalny quiche lorraine powinien zawierać boczek (wytopiony uprzednio na patelni), a w wersji Patricka też fasolkę. Boczek można zastąpić szynką, a w wersji wegetariańskiej (moja taka była) pokrojonymi grzybami. Obowiązkowo musi pojawić się starty żółty ser (około 100 gram). Dodawania papryki nie polecam (sprawdzone doświadczalnie).
Kiedy już wszystko jest przygotowane, należy wyjąć z lodówki ciasto i rozwałkować do pięknego okrągłego kształtu foremki. No, mojemu rozwałkowanemu ciastu daleko było do geometrycznego koła, ale studencką wersją wałka była butelka po Carlo Rossi, a jak widać na zdjęciu - foremka też nie jest typowo tartowa, ale dzielnie dała radę. ;) Rozwałkowane ciasto układa się na dno i ścianki okrągłej foremki, a do środka wlewa się wcześniej przygotowaną mieszaninę i dopiero teraz wsypuje do tego grzybki, ser i ewentualny boczek.
Całość wkłada się do rozgrzanego do dwustu stopni piekarnika na 45 minut. Ciasto delikatnie się zarumieni, ser przypiecze, a ciekłe nadzienie zetnie pod wpływem temperatury. Polecam. Skoro mnie się udało, to chyba każdemu. Smacznego. :)