22 lutego 2011

nieme, czarno-białe i w starym stylu - o kinach studyjnych

         Cóż poradzić? Nie jestem zwolenniczką kinowych multipleksów. Nigdy nie był i nigdy nie będzie ze mnie dobry marketingowy target. Tłum w połączeniu z hałasem (a moje uszy są wybredne), powodują, że omijam szerokim łukiem potężne centra głośnego wydawania pieniędzy. Na szczęście mamy sieć kin studyjnych. Kina małe, ciche, niezatłoczone, w których najczęściej, zamiast wszechobecnego zapachu oleju ze smażenia popcornu, wszędzie unosi się zapach kawy... Kina studyjne (poza brakiem hałasu) tym różnią się od pozostałych kin, że w ich ofercie nie zawsze można znaleźć najnowsze hity. To zależy. Owszem, te najbardziej popularne filmy zazwyczaj są w repertuarach, ale można przede wszystkim obejrzeć dobre produkcje kinematografii niezależnej, których widz nie uświadczy w multipleksach.
Oto kilka kin studyjnych, które można znaleźć, szwendając się po Krakowie...
Kiedyś Kino Kijów, a dziś Kijów Centrum - to chyba najbardziej znane kino studyjne w Krakowie, zapewne ze względu na lokalizację przy Alei Krasińskiego. Poza dużą salą na ponad osiemset miejsc, jest tam też mała sala studyjna. Seanse odbywają się w obu salach. Poza tym, że kino gra najnowsze produkcje, prowadzi też ciekawe cykle filmowe. Rarytasem dla prawdziwych kinomanów jest cykl Noc z klasyką, gdzie odbywają się projekcie starych filmów z całego świata - można obejrzeć najbardziej znane filmy Bergmana czy Hitchcocka. Co sezon kino rusza z nowym programem, więc warto na być na bieżąco z repertuarem.
Kino Mikro znajduje się na samym początku ulicy Lea. Tam obklejona filmowymi plakatami brama zaprasza do środka, gdzie - podobnie jak w Kijów Centrum - znajdują się dwie sale. W Mikro dużym powodzeniem cieszy się dyskusyjny klub filmowy Mikro-Odeon. Kiedyś kino współpracowało z Instytutem Francuskim, obecnie zajęło się innymi inicjatywami. Jest więc w czym wybierać.
         Kolejnym kinem studyjnym jest Kino pod Baranami. Znajduje się w sercu Krakowa - przy Rynku Głównym, w Pałacu pod Baranami, należącym niegdyś do rodziny Potockich. W tym samym miejscu działa znana na cały świat Piwnica pod Baranami, miejsce łączące wielu polskich artystów. Tam rzeczywiście czuć ten klimat. W środku znajdują się trzy sale kinowe - czerwona, biała i niebieska. Kino angażuje się w różne projekty. W każdy wtorek w Kinie pod Baranami można zobaczyć produkcje hiszpańskie w oryginalnej wersji językowej - to inicjatywa edukacyjna podjęta razem z krakowskim Instytutem Cervantesa. Wstęp na te projekcje jest darmowy. Nic, tylko korzystać!
Kino ARS cieszy się równie duży powodzeniem, co Kijów Centrum. Znajduje się przy ulicy św. Jana, nieopodal Rynku Głównego. Znajduje się tam aż pięć sal kinowych: aneks, reduta, sztuka, salon i kiniarnia. Kino angażuje się w różne akcje i cykle seansów, ale według mnie najciekawszym pomysłem jest seria Tajemniczych Pokazów Specjalnych - to przedpremierowe pokazy filmów, których tytuły pozostają niespodzianką aż do momentu seansu.
Jednak moim ulubionym kinem studyjnym jest Kino Agrafka. Znajduje się przy ulicy Krowoderskiej. Agrafka jest najmłodszym kinem studyjnym w Krakowie. Wcześniej w jej miejscu znajdowało się inne kino. W 2009 roku salę kinową odnowiono i otwarto jako Kino Agrafkę. Obecnie kino w swoim programie ma kilka ciekawych propozycji. We współpracy z Instytutem Francuskim kino organizuje projekcje filmów francuskojęzycznych w oryginalnych wersjach językowych. Warto się wybrać - często bywam i mogę polecić z czystym sumieniem.
Kin takich jak te jest w całej Polsce jest ich dokładnie sto szesnaście. Schowane w kamienicach, przy tych rzadziej uczęszczanych ulicach, po wejściu do środka zapraszają każdego gościa swoim przytulnym i niepowtarzalnym klimatem. Warto chociaż raz je odwiedzić, żeby poczuć różnicę.
Po prawej umieszczam sznurki do stron internetowych kin oraz do Sieci Kin Studyjnych. Można poczytać więcej i przeglądnąć repertuary.

19 lutego 2011

an island

Oto i powód, dlaczego napisałam o Efterklang i dlaczego postanowiłam bliżej im się przysłuchać. Zostałam zaproszona na projekcję filmu An Island w reżyserii Vincenta Moona. To część jego projektu o nazwie Take Away Shows - serii filmów dokumentalnych o muzykach i ich twórczości oraz o miejscach, które ich inspirują(więcej na temat tego projektu można znaleźć w serwisie La Blogotheque, do którego sznurek znajduje się po prawej). Tym razem bohaterami dokumentu będą członkowie grupy Efterklang. An Island trwa tyle, ile łącznie wszystkie kawałki na krążku Magic Chairs. Ciekawa konwencja.
Na projekcję filmu - wstęp wolny. Zapraszam zatem w imieniu organizatorów (serwis offff.pl, Wszystko Gra oraz Fundacja Magazyn Kultury) na krakowski premierowy pokaz An Island, która odbędzie się 2 marca 2011 o 20.00 w kawiarni Kolanko No. 6.
Na zachętę zamieszczam małą audiowizualną zapowiedź...


duńskie baśnie w dźwiękach zawarte

Dziś słucham Efterklang. Nie bez powodu, ale o przyczynach później. Efterklang to duńska formacja, która gra... pięknie. Łączy ze sobą różne elementy - folk z elektroniką, rock z ambientem i klasyką. Powiązania karkołomne, a jak ładnie brzmią w takim wykonaniu! Tam słychać naprawdę wszystko, od skrzypiec, cymbałków, bębnów, przez elektroniczne dodatki, aż po wokale. W składzie jest czterech muzyków, ale koncerty grają w dużo większym gronie. W Polsce można ich było usłyszeć na Off Festivalu 2010.  Formacja powstała w roku 2000 i do tej pory nagrała i wydała całe mnóstwo krążków, z czego większość to single i niezależne projekty. Są też trzy pełne albumy. Ostatni z nich to Magic Chairs z zeszłego roku. Jeszcze nie zdążyłam przesłuchać, ale na pewno zrobię to niebawem. Pozostałe krążki mogę z czystym sumieniem polecić - brzmią uspokajająco i bajkowo. Nie jest to ten sam rodzaj bajki, co przy islandzkich elfach, ale równie piękny i ciekawy. Wart posłuchania. A po duńsku efterklang oznacza pogłos. Całkiem ładne dopasowanie nazwy formacji do brzmienia jej muzyki....

12 lutego 2011

klubokawiarnia relaks

Wczoraj, włócząc się w okolicach Starego Rynku w poszukiwaniu dobrego miejsca na gorącą czekoladę, pogaduchy i trochę więcej ciepła, trafiłam do Klubokawiarni Relaks przy ulicy świętego Tomasza. Już nie raz kiedyś mijałam to miejsce, ale jakoś szyld mnie nie powala - coś jest z nim nie tak, sama nie wiem, kolorystyka czy czcionka, ciężko powiedzieć. Wchodziłam z nikłymi nadziejami. Ale wnętrze jest już całkiem przyjemnie urządzone w stylu retro. Tam już z kolorami wszystko jest w porządku, bo sprawiają ciepłe wrażenie przytulnego miejsca. Można posiedzieć na poduchach przy oknie i gapić się na przechodniów, a to w kawiarniach lubię najbardziej. No i czekolada istotnie pyszna! Wzięłam dużą filiżankę. :) Jedyne, co drażni w tym miejscu, to zdecydowanie za głośna muzyka. Co ciekawe: dobra(!), a za głośna. Może osoba za barem ma daleko do głośników i zapomina o tym, że ludzie, rozmawiając przy kawie, lubią się wzajemnie słyszeć... W każdym razie nie pierwszy raz spotykam się z za dużym natężeniem dźwięków w miejscu, które - gdyby nie to - byłoby naprawdę miłe i klimatyczne. Tak czy inaczej, klubokawiarnia ma całkiem ładną stronę internetową, utrzymaną w rysunkowym stylu. Zachęca do odwiedzin dużo bardziej niż feralny szyld. Można sobie pooglądać, jak kolorowo i przytulnie wygląda wnętrze.
A na czekoladzie byłam z Marleną. To taki pozytywny duch, który chyba zawsze się uśmiecha. Dzięki Bogu, że są w moim małym świecie tacy ludzie, którzy zawsze się uśmiechają.

zażartuj na serio

Czas najwyższy na napisanie czegoś sensownie. Ostatnimi czasy zaniemogłam twórczo. To przez praktyki, bo podczas pracy piszę dużo tekstów, których literacki poziom - co tu wyjaśniać - musi być niski. Przez to trochę zbrzydła mi klawiatura. Ale oto jest! Powróciła do mnie wena. I pisać przecież też jest o czym, bo przez cały ten czas twórczej niemocy życie nie stało w miejscu.
Otóż już jakiś czas temu byłam w Kinie Kijów na projekcji z cyklu Noc z klasyką. Kino organizuje wieczory filmowe, podczas których można obejrzeć prawdziwe kinowe rarytasy. Tym razem - Casablanca i Pół żartem, pół serio. O fenomenach obu tych filmów nie ma się chyba co rozpisywać. Znane. Lubię te wszystkie stare produkcje. Kiedyś kamera przedstawiała świat w inny sposób, prostszy niż dziś, może bardziej naiwny, ale miało to sporo uroku. No i te obsady! Nie wiem dlaczego, ale darzę sympatią postacie kreowane przez Ingrid Bergman. Miała to szczęście, że zawsze na planie przy jej boku grali faceci powszechnie uwielbiani - taki Paul Hendreid czy Humphrey Bogart. Tony Curtis w parze z Marylin Monroe też niczego sobie. Uśmiałam się przy komedii tak, jak dawno nie zdarzyło mi się śmiać w kinie - ostatnio chyba jakieś trzy lata temu na Butelkach zwrotnych.
Jeśli chodzi o cały cykl Noc z klasyką, to zdecydowanie polecam. Wróciłam do domu piechotą o trzeciej w nocy i przez całą drogę podśmiewałam się głupkowato z żartów Billego Wildera - scenariusz napisano w latach pięćdziesiątych, a bawi do dziś. O tym cyklu i wielu innych, jakie odbywają się w Kijowie, może poczytać na stronie internetowej kina. Zachęcam do zapoznania się. Warto.
Nawiązując do klasyki kina i starych czarno-białych produkcji, i tak przyznaję, że moją faworytką w gronie pięknych dam jest Audrey Hepburn, najlepiej w parze z Gregorym Peckiem. Hmm, chyba czas obejrzeć sobie Rzymskie wakacje. Załóżmy, że poniedziałkowy wieczór z butelką wina i ckliwą historią o szczęściu w miłości, to będzie całkiem dobry plan...

8 lutego 2011

co tak naprawdę dzieje się w pusteczkowym świecie

Dlaczego pusteczko od pewnego czasu milczy?
Między innymi miałam na głowie sesję - to akurat żadne zaskoczenie, żadna tajemnica. No i żadne tam miałam, bo nadal mam niestety. Miałam też kilka istnień ludzkich do wyratowania z opresji, otulenia kołderką normalności i na duchu do podtrzymania. Moją głowę zaprząta kilka problemów niedalekiej przyszłości. Jak to mówią, co mnie nie zabije, to mnie wkurzy.
Natomiast notka poprzednia to tekst pięknej piosenki Piotra Bakala, która z muzyką i wykonaniem Krzysztofa Myszkowskiego przecudnie brzmi w moim odtwarzaczu od czasu do czasu. I tylko ze względu na pana Myszkowskiego przypięłam tej notce etykietkę stachuriady. Bo to taki stachurowy tekst, taki w jego duchu zatraconym i przeklętym. Tak się czuję stachurowo od jakiegoś czasu. Zamieściłam piosenkę dlatego, że w ostatnim czasie przebolałam pewne pożegnanie. Ciężka sprawa. To wszystko trudne, niewyrażalne werbalnie.
I od razu po notce widać, że mam duszę na ramieniu, bo się rozpisuję i rozwlekam. Obiecuję, że następna notka będzie już normalna, bardziej konkretna i zrozumiała. Dziś sobie pozwalam. Zamulam przy akompaniamencie Radiogłowych. Dzisiaj to mnie trzeba otulać kołderką normalności. Dlaczego wszystko, do czego zdążę się przyzwyczaić, zaraz potem znika w mgnieniu oka?