2 grudnia 2010

samskeyti

Ostatnio miewam ciężkie dni. Zapętliłam się we własnych obowiązkach tak żałośnie, że gotowa byłam nawet pozostać w tym zabieganiu jeszcze przez długo. Obowiązki, obietnice, przyrzeczenia, wyrzeczenia, praca, nauka. Od dłuższego czasu męczy mnie bardzo ważna decyzja do podjęcia. Właściwie to już nie dylemat, tylko kwestia chęci. Dużo by pisać.
Przez chwilę zapomniałam o tych wszystkich pięknych rzeczach, które zawsze podnosiły mnie na duchu. Zapomniałam na moment o wszystkich dobrych ludziach, których znam. Zapomniałam o tym, że na każdy problem istnieje nieskończona ilość punktów widzenia. Zapomniałam w tym wszystkim, że jest przecież muzyka i że niezmiennie od lat motywuje mnie do tego, żeby nie stać w miejscu i nie zapętlać się w tym szaleństwie. A zamieszkało to szaleństwo przez ostatnie dni w mojej głowie i nie pozwalało się wydostać na powierzchnię.
I nagle usłyszałam w radiu coś pięknego. To właściwie dziwne, że słucham i dźwięki, które słyszę zmuszają mnie do myślenia w ten a nie inny sposób. Dziwne i piękne, lubię ten niewyjaśniony fenomen. Trzyma mnie przy życiu i często wywołuje uśmiech. :) W tę zimę okrutnie mroźną pozdrawiam ciepło wszystkich melomaniaków.
Aha, samskeyti to po islandzku skrzyżowania. I tytuł pięknego utworu Sigur Rós.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz