Od czasu ostatniej trasy koncertowej Stinga z The Royal Philharmonic Orchestra, chętnie wracam do wykonań z orkiestrą symfoniczną. Wykonania symfoniczne są mi bliższe niż oryginalne, nie wiem dlaczego. Może po prostą brzmią bardziej pompatycznie, może są takie bardziej bajkowe. Nie wiem. Pamiętam tylko, że podczas koncertu w Poznaniu byłam naprawdę pod wrażeniem dźwięku (bardzo dobre nagłośnienie). No i ponieważ rzadko bywam na koncertach orkiestrowych (wstyd przyznać - od czasów obowiązkowych wyjść licealnych nie odwiedziłam filharmonii) urzekła mnie synchronizacja wszystkich osób na scenie. Niesamowite, że kilkadziesiąt osób potrafi równolegle grać i złożyć z tego piękne kawałki. Zawsze mnie dziwiło jak muzycy orkiestrowi to robią. I to jeszcze na żywo.
Koncert w Polsce miał swój urok. Miałam wrażenie, że wszyscy wiedzą dokładnie po co przyszli, co chcą usłyszeć i że będzie to brzmiało dobrze. Zresztą sam dziadek Sting - nie wiem jak ten facet to robi, że jest już siwy, ma zmarszczki, a śpiewa i gra, jakby miał dwadzieścia pięć lat i jeszcze wszyscy to lubią (i tu akurat fakt istnienia orkiestry nie ma nic do rzeczy, bo ten sam fenomen miałam przyjemność zauważyć na Stadionie Chorzowskim podczas koncertu The Police w 2008). Cała trasa Stinga z The Royal Philharmonic Orchestra została uwieczniona na DVD, a wcześniej całość nagrana w studiu, czego owocem krążek Symphonicities. Mniam. Relaksujące, przyjemne i - jak pisałam - bajkowe. Usłyszałam też na żywo - Sting puścił do mnie oko. Polecam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz