W połowie lipca wybrałam się w Beskidy Zachodnie. Pomysł oglądania wschodu słońca ze szczytu Babiej Góry był tak piękny jak szalony, więc wybrało się ze mną tylko dwoje wariatów, którzy mają tak nierówno po sufitem jak ja.
Wyruszyliśmy busem w Krakowa do Zawoi, a stamtąd szliśmy już pieszo zielonym szlakiem w stronę schroniska Markowe Szczawiny. Tam zrobiliśmy sobie kilkugodzinny odpoczynek, wyśmiewając przy tym schroniskowy bufet. Kiedy już zaczynało się ściemniać (około dwudziestej pierwszej) wyszliśmy na czerwony szlak w stronę szczytu. Pół godziny później, stojąc na Przełęczy Brona, podziwialiśmy już panoramę Zawoi.
Uroczo wygląda tuż po zmroku takie miasto w dolinie. Ludzie zapalali w domach światła, parzyli pewnie herbatę do kolacji i zasiadali do wspólnych posiadówek, a my to na wszystko patrzeliśmy z perspektywy nieba. Nie potrafię nawet wyjaśnić, dlaczego tak fascynował mnie ten widok - przecież to miasteczko takie, jak setki innych, które już miała okazję widzieć. No cóż.
Z przełęczy szliśmy już w zupełnej ciemności na szczyt (w takiej sytuacji latarka jest zbawiennym urządzeniem!), starając się nie zatrzymywać po drodze. Było coraz zimniej i wiał przeszywający wiatr. Na szczycie przywitali nas inni wariaci, czekając na wschód, którzy weszli na szlak przed zmrokiem. Później już razem czekaliśmy do świtu. Popijaliśmy wiśniówkę i zagryzaliśmy ją mleczną czekoladą. Przez całą noc ktoś docierał na szczyt od strony schroniska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz