9 sierpnia 2011

happy songs (f)or happy people

Wczoraj pusteczko wróciła z OFF Festivalu. Piękna sprawa. Ponieważ ciężko pisze mi się recenzje z festiwali, to wymienię chociaż powody, dla których warto było tegoroczną OFFową fetę odwiedzić...
Tegoroczny OFF rozpoczął się koncertem Current 93, o którym pisałam wcześniej, o tu. Nie jestem wierną fanką muzyki okultystycznej, ale wspominam o tej formacji, bo miałam przyjemność z nimi troszkę popracować w zeszłym tygodniu. Jako support przed ich występem zagrał zespół Trembling Bells. Urocze, urocze (chyba mam słabość do rudych perkusistów).
Zupełnie innymi prawami rządził się OFF już w Dolinie Trzech Stawów, gdzie muzyka rozbrzmiewała przez kolejne dni. Zacznę od koncertów na Scenie Głównej. Pierwszy koncert, jaki usłyszałam spod tej sceny do stare dobre The Car is on Fire. Nie słyszałam ich na żywo bardzo długo i cieszę się, że nadarzyła się okazja. Gwiazdą tego wieczoru na Scenie Głównej niezaprzeczalnie był Mogwai. Udany koncert, bardzo przekonujący - jestem zwolenniczką formacji Mogwai nie od dziś. Dnia kolejnego pojawiło się rodzime Très.B, które bezsprzecznie zachwyca zawsze razem kiedy je słyszę (pisałam o nich wielokrotnie, chociażby tu). Tegoż wieczoru finałowym koncertem sceny był występ Primal Scream. Pokazali na co ich stać, a stać ich na wiele. Zaznajomię się z nimi dogłębnie. W ostatnim dniu festiwalu sceną główną zatrzęśli panowie z zespołu dEUS. Energiczny smaczek, wart polecenia.
Jeśli chodzi o Scenę Leśną (lubię tę nazwę;)), to pierwszego dnia było sceną najlepiej obstawioną w dobre dźwięki. Popołudniem pojawił się na niej Lech Janerka, którego lubię po prostu za to, że jest Lechem Janerką. Wieczorem pojawił niezaprzeczalny hit - The Jon Spencer Blues Explosion, a do snu Scenę Leśną kołysał zespół Low. Ta ich muzyka to cudna sprawa! Na pewno zapoznam się bliżej. Kolejnego dnia grali chłopcy z Dry The River - ślicznie, doprawdy ślicznie. Czekałam na nich. Tego samego wieczora usłyszeliśmy równie wartego polecenia Destroyera. Po tym koncercie na Scenie Leśnej (a właściwie pod nią, z poziomu publiczności!) zagrał Dan Deacon, o którym pusteczko pisze z tego tytułu, że miała okazję z nim współpracować w dniu koncertu i powie jedno: złoty człowiek. :) Ostatniego dnia festiwalu zachwycił mnie Junip! Ich muzyka w połączeniu z uroczym krajobrazem Sceny Leśnej to idealna mieszanka.
Jeśli chodzi o Trójkową Scenę Prezydencji, to tę odwiedzałam najrzadziej, ale za to dla bardzo bardzo konkretnych powodów. Dnia pierwszego powodami był duet Glasser oraz duet Twilite. Ten pierwszy robi większe wrażenie na publiczności, ten drugi robi większe wrażenie na mnie. Trzeciego dnia na Trójkowej Scenie pojawiła się aspirująca na gwiazdę Anna Calvi. ;) Piękny głos! Jak dla mnie to był najpiękniejszy koncert tegorocznego festiwalu (poza tym, że zaczął się dziesięć minut po, a skończył trzydzieści przed czasem planowanym w festiwalowym line-upie...). A na koniec w tym samym miejsce zagrała formacja Awesome Tapes from Africa. Szaleństwo.
Scena Experymentalna zachwyciła mnie najmniej. Nie mogę jednak nie wspomnieć o koncercie Omara Souleymana, bo to był obłędny - że tak to nazwę - show! Co tam się działo, to słowami nie sposób opisać, to trzeba przeżyć. :) Ostatniego dnie festiwalu zagrało Konono no. 1. Tam też się działo, oj, działo!
Podsumowując - co za festiwal nam się zadział! Jestem szczęśliwa, że mogłam być chociaż małą częścią tego wydarzenia. Czasami jak człowiek posiedzi za długo w odosobnieniu, zapomina o ludzkiej życzliwości i o tym, jak wielu wielkich i wspaniałych jest w okół nas. I nie mówię tu o muzykach...

1 komentarz:

  1. do mojej listy powodów, dla których było warto, dodaję Twin Shadow:)

    OdpowiedzUsuń