Wróciłam z krótkiej podróży do Budapesztu. Piękne miasto, naprawdę. Chodząc po stolicy Węgier, odniosłam wrażenie, że ten naród ma w sobie coś takiego, co my już bezpowrotnie utraciliśmy. Coś takiego naturalnego, prostego i oczywistego, czego nie potrafię nazwać. Podoba mi się węgierski brak krzykliwości i pokora.
Ponadto ta podróż, jak każda inna, dała mi dużo do myślenia. O wszystkim właściwie. Po raz kolejny uznałam, że najpiękniejsze rzeczy dostrzega się w samotności. Ta i wiele wiele innych myśli zaprzątało moją głowę, kiedy piłam wino na Wzgórzu Gellérta i oglądałam miasto nocą. Patrzyłam z góry na problemy innych, na ich życie, na odgłosy miasta, na światła mieszkań, na historię zawartą w murach. Myślałam o milionie rzeczy, pozornie odrywając się od własnej codzienności. Jeden z moich celów osiągnięty. Czas podbijać kolejne miasta. Ale zanim to się stanie, kilka miesięcy wyciszenia. Chyba muszę przetrawić materiał do przemyśleń, jaki sobie przywiozłam w bagażu mojej głowy. A poniżej moje nowe odkrycie - węgierska alternatywa warta uwagi. Kawałek pod tytułem Közelér formacji Tape Underground.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz