Dziś mam wolny wieczór. To mój pierwszy wolny wieczór od dawna. Wszyscy, którzy na co dzień mnie otaczają, wyjechali już na Boże Narodzenie do swoich domów. Mnie powstrzymała praca, ale już jutro wieczorem jadę na Źródlaną, gdzie czeka rodzina, kominek i zapach choinki...
Przez ostatnie miesiące mało miałam czasu "dla siebie", jak łatwo się domyślić po braku treści na blogu. Do tej pory nie napisałam notki o letnich festiwalach muzycznych, a mamy koniec grudnia. Korzystam więc z okazji, że to mój pierwszy od dawna "tak wolny wieczór", i nadrabiam zaległości. Uwaga, ta notka będzie przydługa i nudnawa, gdyż zawiera elementy rzeczywistości ostatnich kilku miesięcy.
No cóż... Wierzcie mi na słowo, że minione lato było niesamowite pod względem muzycznych doznań. Od zachwytów nad żółtym niebem na Mumford&Sons, Dry the River i Bon Iverem na Opener Festival, od leżenie na trawie przy dźwiękach Toro Y Moi, poprzez prace Stowarzyszenia Wszystko Gra nad koncertami Babu-Króla, Spiętego i Let Me Introduce You to the End na festiwalu w Zamościu, poprzez pracę na OFF Festivalu, aż po nieukryte zdziwienie faktem, że muzyka elektroniczna też ma jakiś sens (odkryłam empirycznie podczas popisów Hot Chip) na festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Zdecydowanie elementem niemuzycznym numer jeden tego lata zostały napoje od Fritza. Smak lata.
Po festiwalowej włóczędze odwiedziłam na chwilę Szczawnicę nad Grajcarkiem. Polskie góry to doprawdy świetny azyl, gdzie dobrze się zakamuflować do jakiś czas w dobrym towarzystwie z zapasem półsłodkiego wina.
Później przyszła jesień i skończyły się letnie wojaże. Za to nie skończyła się muzyka. W drugiej połowie wrześnie w ramach Sacrum Profanum wygrałam wejściówki na koncert Sigur Rós. Na moment Islandia zagościła w mojej głowie i od czasu tego koncertu nie mogę przestać o niej myśleć.
Kilka dni później do Krakowa przyjechał Ben Caplan. Wspominam o tym, bo jego koncert bardzo mi się podobał i myślę sobie, że brodacz ma niesamowity wokal. Koncert odbył się w Rozrywkach Trzech, które swoją drogą polecam jako miejsce na wieczorne piwo. A Bena mam nadzieję jeszcze na żywo usłyszeć.
W listopadzie pojechaliśmy pociągiem do miasta Warszawa, gdzie w klubie Chwila słuchaliśmy Janka Samołyka i Muzyki Końca Lata. Miło wrócić do czegoś, czego się dawno nie słuchało.
Późnej muzyka tak jakby na chwilę ucichła. Ale tylko na chwilę. Bo znów przyjechał do Krakowa Karl Culley, przywracając do Café Szafé dobre wspomnienia z maja. Natomiast na Ars Cameralis przyjechali Duńczycy z Efterklang, promujący nową płytę Piramida. Dali świetny koncert i pokazali, że muzyka się tak łatwo nie kończy.
Od Świętego Mikołaja dostałam w tym roku bilety na dwa dobre koncerty w krakowskim Studiu. Jeden z nich to element trasy koncertowej Hey, promującej nowy krążek Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan. Miła dla ucha pływa i równie przyjemny koncert. Dwa dni później w tej samej sali koncertowej zagrało Myslovitz. Wierzyć się nie chce, że grali singiel za singlem dla pustego w połowie Studia, jeśli ma się w pamięci ich trasę sprzed kilku lat, kiedy to koncert dla krakowskiej publiki trzeba było rozłożyć na dwa wieczory z tytułu nadmiernego zainteresowania biletami. Smutny widok, ale piosenki te same i tak samo mnie cieszą jak kiedyś.
Tyle muzyki na żywo na te kilka miesięcy. W tym momencie przytupuję nóżką w rytm nowej płyty Babel Mumford &Sons. Taki prezent dostałam pod choinkę.
Więc tak oto, mam choinkę. Klimat jest. Granatowy koc, książka i gorąca herbata. W kącie świecą kolorowe światełka i sprawiają, że jest tu miło i świątecznie. Myślę o minionym roku. Skończyłam studia, zdobyłam dyplom i pierwszą pracę. Ba! Zdążyłam ją nawet rzucić po trzech tygodniach, taka jestem alternatywna! Szczęśliwy traf przesądził o moim losie przez kolejne tygodnie jesieni i zimy. Teraz pracuję dla pewnego dużego projektu ze świetnymi ludźmi. Nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa, ale póki co, codziennie uczę się czegoś nowego, poznaję ludzi i ich sposób patrzenia na świat.
Wszystkie te "przełomowe" schodki w moim życiu i tak wydają się błahe, w porównaniu do jeszcze jednej zmiany, jaką przyniósł mi rok 2012. Od siedmiu miesięcy jestem szczęśliwie zakochana w pewnym wspaniałym człowieku, który trwa przy mnie naprawdę dzielnie i codziennie sprawia, że chcę go więcej. Trudne to do opisania i wyjaśnienia, więc nie będę się nadmiernie werbalnie rozczulać. Ważne, żeby on wiedział, jaki jest dla mnie ważny.
Jak co roku życzę sobie na nadchodzący rok dużo śmiechu, normalności, pięknej muzyki, podróży, dobrych książek, dobrego wina i żeby otaczali mnie mądrzy ludzie o wielkich sercach. Natomiast dodatkowo, wyjątkowo inaczej niż w latach ubiegłych, życzę sobie dużo K. w moim życiu.
Wesołych Świąt
Merry Christmas
Joyeaux Noël
Feliz Navidad
