9 czerwca 2013

nowość z przeszłości, czyli co wspólnego ma kino z rabinami

Wczoraj byliśmy w kinie. I to nie pierwszym lepszym kinie. Ponieważ w tym tygodniu sobotni wieczór spędzaliśmy z dala od Krakowa i naszych ulubionych kin studyjnych, potanowiliśmy wybrać się do innego kina, któremu równie daleko do multipleksu, co Pałacowi pod Baranami.
Mowa o kinie Nowość w Będzinie. Rzadko zapuszczam się w tak odległe śląskie mieściny, więc powoli zapominam jak wyglądają. Taka oto wycieczka krajoznawcza przypomniała mi co i jak.
Kino Nowość mieści się w starej żydowskiej kamienicy w centrum miasta. Dziś jest tam zupełnie pusto, ale podobno w latach dwudziestych miejsce tętniło życiem. W kamienicy mieściło się nie tylko kino, ale także synagoga, szkoła, kawiarnia, restauracja, dom publiczny... Czego dusza zapragnie! Jakie to dziwne, że miejsca takie jak to dziś świecą pustkami.
Dlaczego rozpisuję się o kinie zamiast o filmie? Jeśli chodzi o film, to wybraliśmy się na De l'autre côté du périph - film zabawny, acz nie ma się nad czym rozwodzić. Natomiast to kino mnie urzekło. Dziś kamienica jest w stanie fatalnym, a na filmy nikt nie przychodzi. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, przemiła pani właścicielka pytała, czy aby na pewno chcemy obejrzeć ten film, biorąc pod uwagę, że byliśmy jedynymi widzami na dwustuosobowej sali. Zapytała grzecznie, czy możemy poczekać jeszcze trochę, bo może zjawi się jeszcze jakiś zbłąkany spóźniony widz. W zamian za to nasypała nam darmowego popcornu i zrobiła herbatkę w czasie seansu. Urocze, prawda? :) Jeśli ktoś chciałby poczytać więcej o historii kina, to zapraszam na stronę.
Szkoda, że kina studyjne przędą tak cieńko w miejscach zdala od wielkich kulturanych centrów. Problemy z finansami, problemy z przyciągnięciem uwagi okolicznej "klienteli" i tym podobne sprawy.
A my kina studyjne lubimy i będziemy chodzić i tak. :)

7 kwietnia 2013

spring is a state of mind

Ostatnio bardzo dużo się działo. Ta wiosna niesie za sobą więcej zmian niż się tego spodziewałam. Dziś zakończyłam piękną przygodę, żeby jutro zacząć kolejną. Będę z sentymentem wspominać ludzi i miłe chwile. Może i straciłam moją moc poruszania niebios, za to teraz będę tu na lądzie przenosić góry - oczywiście w przenośni. Tak czy inaczej, zmiany się już zadziały. Nawet pogoda wydaje się bezpowrotnie przekonywać do wiosny. Teraz dajmy sobie jeszcze kilka dni, żeby obudzić się z zimowego snu. A później do dzieła. :)


sunshine

Na początku marca do Krakowa przyjechał ze swoim zespołem Matisyahu. Dzięki uprzejmości gminy żydowskiej, koncert odbył się w Synagodze Tempel. Połączenie miejsca z koncertem artysty było zabiegiem jak najbardziej udanym, bo przecież Matisyahu znany jest jako czołowy przedstawiciel muzyki izraelskiej. Synagoga Tempel jest natomiast miejscem niezwykłym. To już drugi koncert, jakiego wysłuchałam tamże i muszę przyznać, że w środku panuje niepowtarzalny klimat, trudny do opisania słowami, a jednocześnie nieporównywalny do żadnego innego miejsca koncertowego jakie znam. Jeśli chodzi o sam koncert, to nie było to moje pierwsze podejście do twórczości Matisyahu na żywo. Widać i słychać wyraźnie, że jego muzyka zyskała na lekkości. Kto nie wie, o czym mowa, może prześledzić dyskografię artysty.
A tak na przyszłość, jeśli kiedyś będzie okazja do wysłuchania jakiegokolwiek koncertu w Synagodze, to polecam gorąco, choćby to miał być konkurs gwizdania a capella! :)