19 kwietnia 2011

czas mierzony ruchami niderlandzkich wiatraków

W niedzielę byłam w kinie ARS na filmie Lecha Majewskiego Młyn i krzyż (The mill and the cross jak kto woli - ciężko ocenić mi, która wersja tytułu jest oryginalna, bo przecież reżyserem Polak). Film miał swoją polską premierę w marcu. Można go było zobaczyć także w ramach festiwalu Off Plus Camera.
Film jest niezwykłym przedsięwzięciem. Właściwie nie przedstawia żadnej historii. Stanowi analizę obrazu Droga krzyżowa Pietera Breugela. Znawczynią sztuki nie jestem, ale Breugela lubiłam zawsze za to, że jego obrazy można było opowiadać jak bajki, bo było na nich dużo postaci i dużo przestrzeni - coś jakby patrzeć na jedno zdarzenie z różnych miejsc jednocześnie. No i łamał perspektywy, więc ramach obrazu zawierało się bardzo dużo treści.
Zatem Lech Majewski opowiedział (jeśli to dobre słowo) Drogę krzyżową Bruegela. Dokładnie zadbał o szczegóły, żeby odzwierciedlić płótno w filmowanej przestrzeni. Oglądając, ma się wrażenie, że widz dosłownie wchodzi do obrazu i stoi gdzieś tam pomiędzy jego postaciami. Co więcej, kamera podąża śladami bohaterów, pokazując ich historię i ich punkt widzenia. Osobiście zadumałam się poważnie nad losem średniowiecznych szaraków - taki chyba był cel. Posmutniałam na moment do reszty, bo cokolwiek byśmy nie robili i tak nie zatrzymamy życia na zawsze. Hmm. Prawdziwe wielkopostne umartwienie mojej małej głowy. Tak czy inaczej, film daje niesamowity efekt. Pewnie, gdyby ktoś mi to opowiedział, nie uwierzyłabym, że tak ciekawie można coś nakręcić o obrazie. Kto nie widział, ma dwa wyjścia: albo żałować, albo wybrać się do kina. :)
Korzystając z okazji, że piszę o filmie Majewskiego, wspominam jeszcze krótko o powiązanym z nim projekcie Retrospektywa, który można zobaczyć w Muzeum Narodowym w Krakowie. Nie widziałam go jeszcze, więc nie będę się na ten temat rozpisywać, ale można poczytać to i owo na podstronach muzeum, a poniżej migawka z informacją co i jak...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz