12 lutego 2014

skleroza nie boli

Wchodzę dziś na ten blog i co widzę? Ostatni post z października ubiegłego roku, opisujący piękne minione lato i wszystko dobre, co mi się podczas tego lata przydarzyło. A mamy sam piekielny środek zimy...
Jak zakładałam tę stronę, miałam zamiar opisywać, pokazywać, wspominać tu wszystko dobre, co mnie spotyka. Dobrą muzykę, dobre filmy, dobre książki, dobrych ludzi, no i te momenty, kiedy człowiek sobie myśli w pozytywnym albo negatywnym sensie, że życie to jest jednak niesamowite. Innymi słowy, wszystko to, co nie jest smutną codziennością, tylko piękną codziennością.
I cóż może sobie myśleć taki Czytacz, który wchodzi na ten blog i widzi ostatni wpis z października? Że nic dobrego mi się już nie przydarza? Że zaprzestałam odwiedzania tej strony? Że pisanie mi się znudziło?
Otóż to wszystko nieprawda. Bardzo dużo wydarzyło się od ostatniego październikowego wpisu. Dużo dobrego! Po prostu zapomniałam, jak bardzo ważne jest skrzętne odnotowywanie dobrych zdarzeń. Zapomniałam już, że czas zasuwa bardzo szybko, zapomniałam, jak ważne, żeby te dobre rzeczy zapamiętywać, obklejać nimi wirtualny dom...
W między czasie przeczytałam kilka dobrych książek. Stałam się wierną czytelniczką reportaży Piotrka Kraśki (mimo że nie jest dla mnie mistrzem pióra, dzięki niemu dowiaduję się o świecie co nieco). Zapoznałam się z filmami Wojtka Smarzowskiego. Byłam na koncercie Glenna Hansarda w warszawskim Palladium. Zmieniłam pracę. Nauczyłam się robić tiramisu. Przestałam jadać śniadania w domu. Wbrew wcześniejszym przekonaniom zaczęłam pić kawę z przelewowego ekspresu. Stałam się słuchaczką Spotify. No i odwiedziłam Paryż...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz