6 marca 2011

klub bomba

Dziś dzień był śliczny, więc wybrałam się na spacer Młynówką Królewską. Wietrzyk jeszcze wyraźnie daje mi do zrozumienia, że to jeszcze nie wiosna, ale to nic, to nic. Zawędrowałam do Alei, dalej Łobzowską i Garbarską. Niedaleko, przy Placu Szczepańskim 2 znajduje się się Klub Bomba. Nie była to moja pierwsza wizyta w Bombie - byłam tam już przy okazji koncertu Pauli i Karola. Miejsce jest przytulne, ma wygodne fotele,
w których można się przyzwoicie rozsiąść. W tle muzyka lekkostrawna.
Przyjemnie. Widok z piętra na cały Plac Szczepański, włącznie z fontanną (niestety końcem zimy jeszcze nie czynną), tworzy świetny efekt. Podoba mi się też wizja menu wypisanego na ogromnych lustrach przy barze - bardzo pomysłowe i ciekawie wygląda. No i jest dostęp do internetowego łącza, co jeszcze nie wszędzie jest u nas standardem. Niestety na minus tego - niczego sobie - miejsca działają... ukrywający się na piętrze palacze. No, no. Tu grożę palcem i stwierdzeniem, że jeśli jeszcze raz się w tym spotkam w Bombie, to więcej do niej nie wrócę. Wszystko pozostałe na plus. Kawa z ekspresu za siódemkę. Polecam. A na tej pysznej kawie i spacerze wzdłuż Młynówki Królewskiej była ze mną Iwona. :)

5 marca 2011

magiczne dźwięki instrumentów wróżki z bajki

Nigdy nie szukałam muzyki Basi Bulat, ktoś mi ją po prostu ukazał. To jest taki przypadek muzyka, który wprawia mnie w jakiś niem podziw, zachwyt, nie wiem jak to nazwać. Lubię tych, którzy łamią stereotyp song-writera introwertyka - ot, zwykła moja ludzka wrażliwość. Nie wiem, doprawdy nie wiem, skąd biorą się tacy ludzie. Nie doszukałam się nigdzie wiarygodnego stwierdzenia, czy Basia ma polskie pochodzenie, czy nie - w każdym razie mieszka i tworzy za Atlantykiem. Dziewczyna niewątpliwie ma talent muzyczny. Śpiewa tak ciepłym głosem, tak miękkim, że człowiekowi od razu robi się przyjemnie. To jeszcze nic: gra na pianinie, gitarze, flecie, saksofonie, ukulele, banjo i autoharfie. Wszystko to układa się w kompozycję przyjazną, folkowo-soulową, brzmiącą dobrze także w wersji unplugged. W ogóle, jeśli ktoś będzie miał okazję zobaczyć Basię (mówię tu o nagraniach, chociaż właściwie to marzy mi się jaki koncert - jakoś do Polski jej zupełnie nie po drodze), to zdecydowanie polecam - ma w sobie jakiś urzekający i niewytłumaczalny wdzięk. Jej ostatni album to wydany w zeszłym roku Heart of my own. To jej trzeci pełnometrażowy krążek. Co tu dużo gadać, brzmi bardzo przekonująco. Z wymienionych wyżej instrumentów, nie ma tam chyba tylko saksofonu. Aby przekonać, zamieszczam poniżej link do nagrania kawałka The shore dla francuskiego serwisu Le hiboo (dodaję do sznurków obok), właśnie z tej płyty. Wpasował mi się idealnie w melancholijny nastrój ostatniej soboty karnawału. No i ładnie widać na nim, jak Basia gra na swojej magicznej autoharfie. Miłego odsłuchu. :)

quiche lorraine w pełnej prowizorce

Moim najnowszym kuchennym osiągnięciem jest quiche lorraine, czyli inaczej mówiąc tarta loretańska. Przepis dostałam od Patricka, znajomego Francuza. Tarta do najtrudniejszych nie należy, ale ze względu na poziom moich kulinarnych zdolności jestem z niej dumna. :)
Najpierw przygotowuje się ciasto do tarty, do którego potrzebna jest szklanka mąki, masło (około 100 gram), dwa jajka, szczypta soli i woda. Całość należy urobić w gęstą masę, którą następnie odkłada się na dwadzieścia minut do lodówki. Ten czas poświęca się nadzieniu, czyli temu, co najważniejsze. Do tego potrzebne są cztery jajka, pół szklanki mleka i dwa razy tyle śmietany. Wszystko to miesza się i doprawia solą i pieprzem. Pozostałe składniki nadzienia (których na tym etapie nie dodaje się) dobrać można wedle własnego uznania - oryginalny quiche lorraine powinien zawierać boczek (wytopiony uprzednio na patelni), a w wersji Patricka też fasolkę. Boczek można zastąpić szynką, a w wersji wegetariańskiej (moja taka była) pokrojonymi grzybami. Obowiązkowo musi pojawić się starty żółty ser (około 100 gram). Dodawania papryki nie polecam (sprawdzone doświadczalnie).
Kiedy już wszystko jest przygotowane, należy wyjąć z lodówki ciasto i rozwałkować do pięknego okrągłego kształtu foremki. No, mojemu rozwałkowanemu ciastu daleko było do geometrycznego koła, ale studencką wersją wałka była butelka po Carlo Rossi, a jak widać na zdjęciu - foremka też nie jest typowo tartowa, ale dzielnie dała radę. ;) Rozwałkowane ciasto układa się na dno i ścianki okrągłej foremki, a do środka wlewa się wcześniej przygotowaną mieszaninę i dopiero teraz wsypuje do tego grzybki, ser i ewentualny boczek.
Całość wkłada się do rozgrzanego do dwustu stopni piekarnika na 45 minut. Ciasto delikatnie się zarumieni, ser przypiecze, a ciekłe nadzienie zetnie pod wpływem temperatury. Polecam. Skoro mnie się udało, to chyba każdemu. Smacznego. :)