Przez tydzień pusteczko żyło w przyszłości za sprawą UNSOUND Festival 2011. Jednak po każdym festiwalu nadchodzi taki dzień, kiedy trzeba się podnieść, otrzepać, zdać sobie sprawę z tego jaki jest dzień tygodnia i który mamy rok.Muzyka elektroniczna nie jest moim ulubionym gatunkiem, więc nie nastawiałam się na muzyczne objawienia, a jednak miały miejsce takowe! Mimo że nie miałam szans i sił fizycznych na odsłuchanie wszystkich koncertów (nawet jeśli potrafisz prześcignąć czas, to przestrzeni nie oszukasz...), to co nieco wpadło do moich pusteczkowych uszu. Zdecydowanie objawieniem pierwszym był duet Natural Snow Buildings. To dwoje Francuzów, którzy wydobywają niesamowite dźwięki z instrumentów strunowych. Dali bardzo ładnych koncert w krakowskiej Akademii Muzycznej. To było uwieńczenie mojego ciężkiego dnia - myślałam, że zapadnę się w mięciutki fotel auli i zasnę błogo przy tych frankofońskich nutach. Natomiast objawieniem numer dwa był przepiękny koncert Jacaszka w Synagodze Tempel. Była to muzyka z najnowszego albumu Glimmer urokliwa, bardziej chyba smutna niż radosna, na moje jesienne humory idealna. Znałam wcześniej muzykę Jacaszka, więc czekałam na ten koncert - oczekiwałam radośnie pięknych dźwięków i oto nadeszły. :) Z osobą pana Jacaszka wiąże mnie haniebna gafa, ale pisać o niej nie będę więcej, bo mam nadzieję, że zostało mi zapomniane. Po Jacaszku zagrała Orkiestra Sinfonietta Cracovia wsparta przez A Winged Victory for the Sullen. Niesamowite wnętrze synagogi tylko potęguje wrażenie niesamowitości takich wydarzeń.
Podsumowując cały festiwal, to pięknie było. Powroty do rzeczywistości i teraźniejszości bywają ciężkie, acz warto. Poznałam wielu zakręconych ludzi i po raz kolejny uczestniczyłam w czymś niesamowitym. :)
