16 czerwca 2014

here it comes, the lonely summer

Całkiem szczerze zwątpiłam, czy kiedykolwiek uda mi się tu wrócić. I oto nadeszło (nie)oczekiwane. Przyjdzie mi spędzić w samotności prawie całe lato. W prawie samotności. Przecież jestem otoczona ludźmi, którzy - mimo wszystko - dobrze mi życzą, więc nie jest to samotność absolutna. Dobra, dobra, bez dramatyzmu. Ale skoro już tu jestem, to chętnie się pochwalę, że przetrwałam poniedziałek. Z samego rana odprawiłam na samolot mojego ulubionego człowieka na świecie. Długo nie będziemy sobie wzajemnie zaprzątać głów, więc i na pisanie bloga kilka minut się znajdzie. Siedzę, popijając Desperadosa, i słucham Jose Gonzales Trio (można posłuchać tutaj). Miałam na dzisiejszy wieczór bardzo ambitne plany, ale czasami w poniedziałki trzeba zwyczajnie wyluzować. I to czasami jest dziś. O, tak...


28 kwietnia 2014

flowering

W Krakowie rozkwitła na dobre wiosna. Jeszcze trochę jest zapłakana i musimy przez to nosić parasole, ale wszystko ma się ku lepszemu - bzy zakwitły (więc zbliżają się Juwenalia), kasztany zakwitły (więc zbliżają się matury), czereśnie zakwitły (bo okres komunijny już za nami). Przy tych pierwszych podmuchach wiosny, dbam o to, żebyśmy trochę częściej spacerowali. Bo na długich spacerach można dumać bez końca i rozmawiać bez końca. A mnie tak ostatnio brakuje szczerej rozmowy, może nie z byle kim, ale z uśmiechem zadowolenia przyjęłabym zaproszenie na spacer albo kawę od kogoś znajomego od lat nie widzianego, bez konkretów, po prostu niezobowiązujący spacer.
Niedwano przeczytałam dobrą książkę - taką z serii poradników - jeśli takie książki w ogóle mają prawo być "dobre". Nie jestem fanką tego typu... dzieł. A mimo to ta mi się spodobała. Chodzi o książkę Dominique Loreau Sztuka prostoty (L'art de la simplicité).
I ta książka faktycznie jest o prostocie. Życia.
O tym, że można mieć mało, a żyć bardzo. Całkiem ładny przekaz, po części chyba słuszny, ale nie tylko to główne przesłanie wyniosłam z lekturki. Drugie to takie, żeby każdego dnia zrobić coś  d l a  s i e b i e.
Bo ogólnie my, dorośli myślący ludzie, jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, że przynajmniej kilka razy dziennie robimy coś dla kogoś. Ale żeby w życiu nie oszaleć, trzeba dawać też coś samemu sobie. I tak oto pomyślałam, że to bardzo przyjemna myśl przewodnia. Staram się wtłaczać w życie - codziennie po trochu, dopóki się we mnie na dobre nie zakorzeni.
Co myślicie o takiej filozofii?
Poniżej zamieszczam Fismolla - znanego i lubianego. Ostatnio spędzam (niestety częste) samotne wieczory i zasłuchuję się w płycie z zeszłego roku. Niech ktoś w końcu wyda jakąś konkretną świeżynkę, bo ostatnio nudą na tym polu wieje. :)