9 grudnia 2010

zdawkowa wiadomość tygodnia


Coldplay w Polsce!
Już w czerwcu. Takie są najświeższe informacje odnośnie artystów przyszłorocznego Opener Festival. Już chyba wszyscy o tym słyszeli. Zamieszczam tu znak, że i mnie wiadomo, że i ja się wybieram, to takie oczywiste. Człowiekowi od razu lżej na duszy, kiedy przypomina sobie o dobrych nutach. :)

3 grudnia 2010

his name is gabe

Otóż Gabe Bondoc jest tematem tejże noty. Przesłuchałam jego płytę Hi, my name is Gabe raz, może dwa razy. Nie zachwyca, nie powala na kolana. Ot, muzyka pop. Miałam nawet o nim nie pisać, bo ze słuchu wydał mi się zwyczajnym-amerykańskim-pop-chłopcem. A jednak.
Poczytałam tu i tam na jego temat i okazuje się, że rzeczony Gabe może i owszem nagrywa sobie w USA, ale takim do końca amerykańskim chłopcem nie jest, korzenie ma bowiem azjatyckie, a dokładnie filipińskie. Było dla mnie oczywiste, że jako gwiazda pop musi być ubóstwiany przez małolaty z całego świata (a już na pewno te azjatyckie). I tu ponownie intuicja moja poniosła sromotną porażkę, bo w serwisie last.fm nota biograficzna Gabe'a jest dostępna tylko w języku angielskim. Uznałam więc, rozgrzeszając przy tym moją zawodną intuicję, że zamieszczę tu notę o nim. W 2010 roku ukazał się jego najnowszy longplay Summertime LP. Nie napiszę, że polecam, bo nie zapoznałam się jeszcze, acz jako usypiacz
polecić zapewne mogę Hi, my name is Gabe.


in a complicated world you bring simplicity because
while everybody’s talking you’re just listening

2 grudnia 2010

samskeyti

Ostatnio miewam ciężkie dni. Zapętliłam się we własnych obowiązkach tak żałośnie, że gotowa byłam nawet pozostać w tym zabieganiu jeszcze przez długo. Obowiązki, obietnice, przyrzeczenia, wyrzeczenia, praca, nauka. Od dłuższego czasu męczy mnie bardzo ważna decyzja do podjęcia. Właściwie to już nie dylemat, tylko kwestia chęci. Dużo by pisać.
Przez chwilę zapomniałam o tych wszystkich pięknych rzeczach, które zawsze podnosiły mnie na duchu. Zapomniałam na moment o wszystkich dobrych ludziach, których znam. Zapomniałam o tym, że na każdy problem istnieje nieskończona ilość punktów widzenia. Zapomniałam w tym wszystkim, że jest przecież muzyka i że niezmiennie od lat motywuje mnie do tego, żeby nie stać w miejscu i nie zapętlać się w tym szaleństwie. A zamieszkało to szaleństwo przez ostatnie dni w mojej głowie i nie pozwalało się wydostać na powierzchnię.
I nagle usłyszałam w radiu coś pięknego. To właściwie dziwne, że słucham i dźwięki, które słyszę zmuszają mnie do myślenia w ten a nie inny sposób. Dziwne i piękne, lubię ten niewyjaśniony fenomen. Trzyma mnie przy życiu i często wywołuje uśmiech. :) W tę zimę okrutnie mroźną pozdrawiam ciepło wszystkich melomaniaków.
Aha, samskeyti to po islandzku skrzyżowania. I tytuł pięknego utworu Sigur Rós.