17 marca 2014

minor alps

Trzy dni temu wróciliśmy w wojaży. Spędziliśmy tydzień w Północno-Wchodnich Włoszech, a dokładnie w Falcade w rejonie Tre Valii. Jeździliśmy po białych stokach Falcade, San Pellegrino i Moena-Lucia-Bellamonte. To mój pierwszy "narciarski" pobyt  tamtych rejonach i muszę przyznać, że zima (a nawet okruszki po zimie!) we Włoszech to piękny czas. Może za rok znów wrócimy. Oby. :)




26 lutego 2014

lata, słońca i muzyki na otwartych przestrzeniach

It's official. W tym roku jedziemy do Czech i Hiszpanii. Dokładnie w takiej kolejności. Cieszy mnie myśl o podróżach, bo od listopada nie miałam okazji wyrwać się nigdzie dalej.
Naszym letnim celem jest festiwal Colours of Ostrava, który odbędzie się w lipcu. Zapowiada się ciekawie! Już na dzień dzisiejszy sporo artystów jest potwierdzonych, między innymi The National, Zaz, John Grant, Ólafur Arnalds i John Butler Trio. A będzie więcej. Już zacieram ręce i powoli przesłuchuję nowe smaczki, których jeszcze nie znam. I chociaż mój chłopiec myśli, że w ogóle mnie to nie cieszy, to nieprawda. Co tu długo myśleć, jedziemy. :)
Tutaj próbka Johna Butlera dla tych, którzy jeszcze nie znają. Długie, za to piękne. Dla mnie John jest jednym z tych, którzy grają lato (i niech każdy to rozumie jak chce!).



Drugim celem ma być Półwysep Iberyjski, ale o tym kiedy indziej, bo to plany dość odległe, październikowe. No i jeszcze nie do końca określone. A zanim to wszystko, zanim wrócą letnie festiwale, to jedziemy w Alpy. Tam pewnie trochę mroźniej niż u nas. I cieszę się bardzo, i czekam na to, i dni już na paluszkach odliczam. Bo spokoju nam trochę trzeba. Ostatnie tygodnie w pracy zbyt są ciężkie, żeby nie cieszyć się spokojem, który już tuż tuż. :)
Myśli mam dziś takie podróżnicze, więc umieszczam zdjęcie, które pachnie latem! Pozdrawiam.


12 lutego 2014

skleroza nie boli

Wchodzę dziś na ten blog i co widzę? Ostatni post z października ubiegłego roku, opisujący piękne minione lato i wszystko dobre, co mi się podczas tego lata przydarzyło. A mamy sam piekielny środek zimy...
Jak zakładałam tę stronę, miałam zamiar opisywać, pokazywać, wspominać tu wszystko dobre, co mnie spotyka. Dobrą muzykę, dobre filmy, dobre książki, dobrych ludzi, no i te momenty, kiedy człowiek sobie myśli w pozytywnym albo negatywnym sensie, że życie to jest jednak niesamowite. Innymi słowy, wszystko to, co nie jest smutną codziennością, tylko piękną codziennością.
I cóż może sobie myśleć taki Czytacz, który wchodzi na ten blog i widzi ostatni wpis z października? Że nic dobrego mi się już nie przydarza? Że zaprzestałam odwiedzania tej strony? Że pisanie mi się znudziło?
Otóż to wszystko nieprawda. Bardzo dużo wydarzyło się od ostatniego październikowego wpisu. Dużo dobrego! Po prostu zapomniałam, jak bardzo ważne jest skrzętne odnotowywanie dobrych zdarzeń. Zapomniałam już, że czas zasuwa bardzo szybko, zapomniałam, jak ważne, żeby te dobre rzeczy zapamiętywać, obklejać nimi wirtualny dom...
W między czasie przeczytałam kilka dobrych książek. Stałam się wierną czytelniczką reportaży Piotrka Kraśki (mimo że nie jest dla mnie mistrzem pióra, dzięki niemu dowiaduję się o świecie co nieco). Zapoznałam się z filmami Wojtka Smarzowskiego. Byłam na koncercie Glenna Hansarda w warszawskim Palladium. Zmieniłam pracę. Nauczyłam się robić tiramisu. Przestałam jadać śniadania w domu. Wbrew wcześniejszym przekonaniom zaczęłam pić kawę z przelewowego ekspresu. Stałam się słuchaczką Spotify. No i odwiedziłam Paryż...