Po jakże udanym koncercie Pauli i Karola, o którym o tu, dwie miłe dla ucha okoliczności będą miały miejsce w najbliższym czasie.
Po pierwsze: w piątek w Żaczku zagra Très.B w ramach Niepokornych. Niepokorni to cykl koncertów, które od ładnych paru lat organizuje Bartek Borowicz. Zaprasza różnych muzyków, większość z nich akceptowalnych przez moje uszy. ;) O Très.B pisałam już wcześniej, o tu, przy okazji ich poprzedniego krakowskiego koncertu. Tym razem wstęp dla studentów za dychę, więc przystępnie. Może się wybiorę. Chciałabym.
Po drugie: w przyszłym miesiącu w krakowskim Studiu zagra grupa The National. Zakochałam się w nich na Off Festivalu w roku 2009 i jeszcze mi nie przeszło. Później przyjechali do Polski w listopadzie 2010 i w chorzowskim Teatrze Rozrywki zagrali w ramach festiwalu Ars Camerialis, gdzie niestety mnie nie było. Ubolewam, bo z bootlega wnioski miałam jednoznaczne - było świetnie. Tym razem będzie szansa usłyszenia ich na żywo w Warszawie i Krakowie. Biletu jeszcze nie mam, ale w dobrej wierze, że jeszcze się nie wyprzedały - nacieszam w ukryciu.
Formacja The National powstała w Nowym Jorku w latach dziewięćdziesiątych. W skład zespołu wchodzą bracia Dessner, bracia Devendorf i lider Matt Berninger. W sumie pięciu szaleńców. Wymiatają na różnych rodzajach gitar, perkusji, fortepianie i smykach. Dorobili się pięciu pełnych krążków - każdy lubię. Ostatnia płytka High Violet wyszła na światło dzienne wiosną ubiegłego roku i daje radę równie dobrze, jak poprzednie. Wydaje mi się, że ludzie nazywają ich twórczość post rockiem, ale na moje to więcej niż rock. Ta muzyka wyraża tyle emocji, że nie sposób to ubrać w słowa. Pamiętam, że kiedy słyszałam ich na scenie to chciało mi się śmiać i płakać jednocześnie. Bardzo chcę iść i tym razem, jeśli się uda. Uda się.

Przyznam, że wcześniej nie interesowałem się tym zespołem. I to był mój błąd, bo płyta "High violet" to świetnie brzmiący, pełen emocji i rzetelnie zrobiony album. Mam ochotę wybrać się na najbliższy koncert The National - myślę, że nie będę żałował ani chwili spędzonej na tym wydarzeniu...
OdpowiedzUsuńlubię też (poza tym, że wszystkie ich krążki zwyczajnie lubię) 'Sad songs for dirty lovers' - jak wskazuje na to tytuł notki tej - bo takie troszkę spokojniejsze od innych płyt:) a mój ulubiony kawałek z całej dyskografii to 'Mr. November', polecam też
OdpowiedzUsuń