Nie mam własnych zdjęć, bo z różnych przyczyn postanowiłam nie brać ze sobą aparatu. Nie napiszę też długaśniej recenzji z uwzględnieniem setlisty z żadnego z koncertów. Cały festiwal był dla mnie niesamowitym wydarzeniem. Usłyszałam to, czego nigdy nie omijam przy takich okazjach - ukochane Pustki i Très.B. Nacieszyłam swoje uszy muzyką The National, których niezmiennie uwielbiam odkąd usłyszałam ich na OFF Festivalu 2009. Dużą niespodzianką było dla mnie Simian Mobile Disco, prawie tak dużą jak koncert Foals, których muzykę teraz uwielbiam porównywalnie do wcześniej wspomnianego The National. Usłyszałam długo oczekiwany (oj, długo na nich czekałam) zespół The Strokes i The Wombats. Ucieszyłam się z powrotu British Sea Power do Polski, bo kilka lat temu dali niezły popis i miło było usłyszeć to raz jeszcze. Podziwiałam energię Kate Nash, bo na scenie jest niesamowita. Zrozumiałam wątpliwy fenomen muzyki Hurts i niewątpliwy fenomen muzyki Cut Copy. Oczarował mnie koncert Twilite i zaskoczył koncert Crystal Fighters. Z radością uznałam, że międzynarodowe gwiazdy festiwalu chylą czoła polskim, bo publika świetnie się bawi przy muzyce Goorala i przy starych dobrych Vavamufin. Obecnie przesłuchuję w kółko płytę Jamesa Blake'a na zmianę z Paolo Nutinim i nie mogę odżałować, że przegapiłam ich koncerty. Nie wspomnę o najbardziej oczekiwanej formacji festiwalu - grupie Coldplay. No i pusteczko zaliczyła silent disco. Poza pięknym Bałtykiem wymieniłam wszystko powody, dla których warto było tam być. A już zbliżają się dwa kolejne festiwale, na które czekam z zapartym tchem. Stuknięci melomani tak mają. :)
25 lipca 2011
lights will guide you home
20 lipca 2011
ludzie nie umierają ze starości
To najprawdziwsza prawda. Ludzie nie umierają ze starości, tylko z goryczy. Długo nad tym myślałam. Bardzo długo. Pewnie za długo. Przez to myślenie zaniedbałam pusteczkowego bloga i kilka ważniejszych od niego spraw. W międzyczasie wydarzyło się dużo. Odbyło się kilka dobrych koncertów, kilka dobrych książek wpadło mi w ręce, poczyniłam pewne postępy w planie ogólnie pojętej samorealizacji, a nawet przebyłam podróż na koniec świata i z powrotem (o wszystkim, co pamiętam, napiszę!).
Zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. No to już wiem. Dziś rodzicielka uświadomiła mi, że jestem niezwykle niesympatyczna i że pierwsze słowa, jakie z siebie wypuszczam przy poznaniu nowej osoby, ostatecznie rujnują ewentualne dobre wrażenie o mnie. Rodzicielka zazwyczaj ma rację. To ta niesympatyczność - pewnie dlatego prawie nikt poza nią nie pamięta o dacie moich urodzin. Być może to także jest przyczyną kilku innych smutnych incydentów. O, ironio. Nigdy nie myślałam o sobie, jako o istocie, której można się bać.
Tak czy inaczej, odwracając częściowo uwagę czytelnika od mojej osoby i skupiając ją na tytule notki, komunikuję radośnie, że pusteczko powraca. Będzie znów obecna i rozpisana. Bo postanowiła sobie, że jeszcze nie. Jeszcze nie umrze z goryczy. Życie, to dopiero jest wyzwanie.
9 czerwca 2011
this is life
Dużo działo się ostatnio w pusteczkowym świecie. Blog został nieco zaniedbany. Za każdym razem, jak trafiam na dobrą płytę, zostawiam ją na wierzchu, żeby o niej napisać. Z braku czasu w ostatnich tygodniach efekt jest taki, że mam mnóstwo płyt na wierzchu i nic więcej z tego nie wynika. ;) Dziś niespodziewanie odwiedziłam Warszawę. Przypomniały mi się wszystkie głupie rzeczy, jakie robiłam po maturze.


Subskrybuj:
Posty (Atom)